Kyoukai no Kanata


#1

Kyoukai no Kanata
(Beyond the Boundary)

Mirai Kuriyama jest jedyną ocalałą osobą z klanu łowców demonów posiadającego specjalną zdolność - kontrolowania swojej krwi, a więc także używania jej jako broni. Zajmuje się śledzeniem i zabijaniem youmu - istot, które mówi się, iż są manifestacją negatywnych ludzkich uczuć. Potworów, których zwykli ludzie nie widzą.

Pewnego dnia spotyka ona Akihito Kanbarę, którego odruchowo atakuje. Tak zaczyna się ich specyficzna relacja. Razem z przyjaciółmi chłopaka odkryją tajemnice, które doprowadzą ich do wielu sytuacji, tych zabawnych, ale także i tragicznych.

Polecam zapętlenie jak zawsze, jeden z lepszych kawałków.

Seria ta jest oceniana przeróżnie przez widzów. Jest to bowiem też pierwsza próba studia Kyoto Animation w takiej tematyce, bardziej poważnej i mrocznej. Większość z ich niedawnych produkcji to serie szkolne, takie jak m.in.: Hyouka, Chuunibyou demo Koi ga Shitai! czy Free!. Więc można powiedzieć, iż jest to jedna z pierwszych, poważniejszych prób tego studia w tematyce mrocznego fantasy, która powinna różnić się znacząco stylem od tytułów wymienionych przeze mnie wcześniej. Czy KyoAni podołało oczekiwaniom publiki?

W przypadku tegoż studia najłatwiej jest zacząć od oprawy graficznej. Ponownie, nie mam czego zarzucić twórcom w tej dziedzinie. Na pewno seria wygląda gorzej od Koe no Katachi (w końcu to cała seria, a nie 2-godzinny film), ale wciąż trzyma bardzo wysoki poziom. Tła, projekty postaci czy potworów, a także sama animacja. Wszystko wykonane zostało z należytą dokładnością i wygląda genialnie. W przypadku konfrontacji z youmu, a także innych, poważniejszych scen, otoczenie zmienia się adekwatnie do nich. Jest mroczniej, bardziej tajemniczo, czuć zagrożenie i niepokój. Wszelkie używanie magii, przeróżne efekty w czasie walk, czy samo formowanie broni z krwi głównej bohaterki wygląda nieziemsko. Chciałbym, żeby każde anime prezentowało taki poziom kreski, wtedy wszystkie oglądałbym z przyjemnością (no prawie wszystkie). Pozostaje jedynie cieszyć się, że Kyoto Animation dba o wygląd swoich tytułów i jak dotąd (nie oglądałem wszystkich), nie mam do czego się przyczepić.

Z muzyką nie jest jednak już tak super-uber-ekstra-fajnie. Oczywiście trzyma ona względny poziom, jest dobrze umiejscowiona i jest porządna. Wpasowuje się w klimat scen. Więc kiedy trzeba, jest weselsza, a kiedy trzeba, spokojna, mroczna i przyprawiająca o gęsią skórkę. Ale niestety nie zapada w pamięć. Opening i ending wpadają w ucho, słucha się ich przyjemnie, są wykonanie ładnie graficznie, z ciekawą animacją i sekwencjami walk (opening). Nie zanikają jednak tak szybko z pamięci jak większość soundtrack’u z tego tytułu. Dobrze, ale nie świetnie.


Główna bohaterka naszego tytułu. Piękność w okularach, prawda?

Nie wiadomo jaki był zamysł twórców anime. Ciężko znaleźć jakiekolwiek informacje o nowelce (a także jej angielskie tłumaczenie), ale studio podążyło własną ścieżką w kwestii fabuły. Miało być mroczne fantasy, ale niestety nie wiadomo dlaczego, zostało wprowadzonych dużo wątków komediowych. Tak jakby twórcy nie byli pewni, czego naprawdę oczekują od produktu końcowego. Tutaj śmieszne gagi, tutaj nic nie znaczące sytuacje, przebieranki czy inne pierdoły. Gdyby wszystko zostało utrzymane w konwencji mrocznego fantasy, oglądałbym ten tytuł z przyjemnością. Sama konstrukcja świata do tego pasowała. Stworzono jednak misz-masz, który w końcowym rozrachunku nie sprawdził się dobrze. Większość z elementów Kyoukai no Kanata oddzielnie wygląda bardzo dobrze. Lecz zabrakło zręcznego połączenia tych wszystkich składowych. Aby Was przekonać wspomnę tylko o wprowadzeniu wątku pobocznego związanego z dodatkową postacią, który kończy się praktycznie po jednym odcinku i jest strasznie naciągany, nie wygląda dobrze i nie wprowadza niczego znaczącego do fabuły.


Jedna z sekwencji walk. Nie ma co narzekać na animację.

Kolejnym problemem są niestety postaci. Zostały one ukazane jednowymiarowo, gdzie praktycznie każdą z nich charakteryzuje jedna, najczęściej bardzo, ale to bardzo, irytująca rzecz. Otrzymujemy tu więc taki ładny kociołek denerwujących cech postaci, m.in. kompleks młodszej siostry, fetysz na punkcie okularów, nadmierna niezdarność czy niestosowne do wieku zachowanie. Ze względu na te i inne atrybuty, relacje bohaterów wyglądają podobnie. Większość ich rozmów to powtarzane schematy komediowych gagów, które po którymś razie po prostu nudzą.

Oczywiście w trakcie trwania serii postaci się rozwijają, ale nie ma to kolosalnego wpływu na całość. W dalszym ciągu ich postawa, zachowania i interakcje będą podobne. Doświadczymy więc wielu źle umieszczonych w sytuacji i wymuszonych żartów, które nie powinny mieć miejsca w poważnych scenach.


Wygląda przyjemnie, przynajmniej dla mnie.

W sumie szkoda nie wspomnieć o jednym, “klasycznym” już chyba w tym anime odcinku, który ma front zwolenników, jak i krytyków. Należę do tej drugiej grupy, choć rozumiem argumenty obu stron konfliktu. Spoilerem to raczej nie będzie, bo wpływu na fabułę żadnego to nie miało, a przynajmniej część osób może się domyślić, z czym Kyoukai no Kanata się je. Mowa o odcinku związanym z byciem idolkami. Oczywiście miało to wpływ na pogłębienie więzi między bohaterami, ale czy nie można było zrobić tego w inny sposób? Ciężko traktować do końca poważnie anime, w którym dostajemy taki “fillerowy” odcinek. Ciężko nazwać to mrocznym fantasy po tym odcinku. Oczywiście samo wykonanie było bardzo fajne, ale nie pasowało do klimatu całości. A przynajmniej klimatu, jakiego oczekiwałem po tym tytule.

Sama piosenka została przekształcona w animowany teledysk dołączony do wydania Blu-ray/DVD. I powinna pozostać jedynie jako coś oddzielnego, a w samej serii nie powinni tego zamieszczać. Taka moja opinia. A samo music video zamieszczam poniżej, nie uważam tego za spoiler, a jest bardzo przyjemne. Wystarczyć popatrzeć na animację, która jest bezbłędna.


Oto i to, o czym pisałem. Miłego oglądania i słuchania.

Samo zakończenie nie było dla mnie zbyt satysfakcjonujące. Istnieje odcinek specjalny Kyoukai no Kanata: Shinonome, dziejący się dwa lata przed wydarzeniami z głównej serii, wyjaśniający kilka rzeczy i ukazujący pierwsze spotkanie bohaterów, mające wpływ na ich dalsze relacje.

Dodatkowo dwa filmy. Jeden z nich to Kyoukai no Kanata Movie: I’ll Be Here - Kako-hen, film podsumowujący całą serię, ukazujący jednak praktycznie tylko wydarzenia dotyczące Kanbary i Kuriyamy, a także ich rozwijającą się relację. Ciężko podsumować 12-odcinkowy tytuł w filmie trwającym 1 godzinę i 22 minuty. Więc jeśli chcecie obejrzeć tylko film licząc, że poznacie przez to całą serię, to zdecydowanie odradzam. Ten film to bardziej przypominajka wydarzeń dla tych, którzy widzieli główną serię, a chcą obejrzeć drugi film.

Druga zaś produkcja to Kyoukai no Kanata Movie: I’ll Be Here - Mirai-hen, która ma miejsce rok po wydarzeniach z serii. Wyjaśnia zakończenie serii TV, ale także wprowadza nowy wątek fabularny. Ten film oceniłem wyżej niż samą serię, choć widziałem w nim kilka mankamentów. Nie zabrakło jednak świetnej kreski i animacji, porządnej muzyki. Dostaliśmy za to znowu trochę niedopowiedzeń, które zapewne nigdy już nie zostaną wyjaśnione oraz naszych głównych bohaterów muszących odnaleźć się w nowej sytuacji. Wspomnę tylko jeszcze, że postaci wylały trochę zbyt dużo łez w tym filmie. Zbyt przedramatyzowano niektóre sceny.


O nie, spoiler! W sumie to żaden spoiler z tego, ale zabawna scena.

Czy polecam tę serię?

Myślę, że jest to jeden z tych tytułów, które pomimo że nie są genialne, warto jest obejrzeć. Piękna kreska i animacja, porządny soundtrack, interesujący (choć niezbyt oryginalny) świat to są zdecydowanie plusy tego tytułu. Minusy to zdecydowanie niezbyt ciekawi, jednowymiarowi bohaterowie i brak konsekwencji studia. KyoAni jakby nie wiedziało, czy chce zrobić z tego komediową serię fantasy, czy jednak coś bardziej mrocznego. Może naleciałości z pozostałych serii tegoż studia? W końcu wyszło nijako. Serię i odcinek specjalny oceniłem na 6/10, zaś drugi film na 7.

Tl;dr

Jeśli oczekujecie naprawdę mrocznego fantasy (podobnie jak ja), możecie się zawieść dosyć mocno na tej serii. Oczywiście są momenty, gdy tytuł dąży w tym kierunku i wtedy jest naprawdę super, ale nie jest ich wcale tak dużo. Przeważa komedia, nic nie znaczące dialogi, powtarzane natarczywie żarty nie pasujące do sytuacji dziejącej się aktualnie na ekranie. No i niestety postaci są zbyt płytkie.

Jeśli nie przeszkadza Wam żadna z wyżej wymienionych rzeczy, możecie bawić się świetnie przy tym tytule. Zapewni to przepiękna kreska, tła oraz animacja. A do tego porządny soundtrack. Sami zadecydujcie, czy warto obejrzeć tę serię. Nie oceniam tej serii źle. Ponieważ taka nie była. Żałuję jedynie, że jej potencjał został zmarnowany.