Legenda Melinoru - Reaktywacja

#1

Siem. Już raz tu próbowałem wrzucać opowiadania jakie pisałem, jednak czasu mi uciekło wtedy i umarło wszystko. Jednak z racji większej ilości wolnego czasu teraz, będę w stanie wam więcej powrzucać :P Proszę o waszą ocenę tego co mam i tego co w przyszłości jeszcze się pojawi (z pominięciem powtórzeń itd. bo pracuje nad tym i wytykać mi tego nie trzeba. Z góry dziękuję za pomoc i zapraszam do (mam nadzieję) miłej lektury ^^

[font][font][font]“Legenda Melinoru”

[font][font][font] Prolog “Rozpad Królestwa”

        Na wielkim Kontynencie Północnym istniało wiele królestw. Od wielkich i potężnych cesarstw do małych księstw, w których żyli przedstawiciele wielu ras, od ludzi, przez krasnoludy aż po elfy i półelfy. Jednym z tych państw był Melinor. Królestwo ludzi. Ład i  spokój, panował w Melinorze. Potęga militarna i gospodarcza, o rozkwitającej kulturze wszystkich ras. Królestwo "marzenie". Rządzony był bowiem przez wielkiego króla Sterwisa Wspaniałego. Król rządził twardą ręką, jednak nigdy nie dopuścił się haniebnych czynów. Sprawiedliwy i wyrozumiały, a za razem surowy i bezkompromisowy. Król nie bał się też o swoją sytuację w rodzinie, bowiem miał trzech synów i córkę. 
         Cane. Najstarszy z dzieci króla. Cane był spokojny i stanowczy, bardzo podobny do ojca. Od małego Cane kochał książki. Przez swoje upodobanie do literatury, prawie całkowicie odciął się od swojego rodzeństwa, zamieniając je na dzieła myślicieli, polityków, wodzów i poetów. Prawnie każdą wolną chwilę spędzał w bibliotece. Król Sterwis zawsze był dumny ze swojego syna, gdyż ten dbał o to, by działać tak jak tego wymagają reguły. To tyczyło się każdej podejmowanej przez Cane'a roboty. 
          Cane miał zawsze tylko jednego przyjaciela, a był nim jego młodszy brat - Arthur.

Arthur młodszy o rok od swojego starszego brata, znacznie się od niego różnił. Zamiast ksiąg i teorii, Arthur wolał doświadczenie i bój. Od urodzenia Arthur ćwiczył walkę mieczem i tarczą. Nie bał się żadnego przeciwnika, wręcz przeciwnie. Ci silniejsi od niego napawali go tylko chęcią doskonalenia swoich umiejętności, kosztem każdej zadanej rany i każdej swojej porażki. Kochał uczyć się od innych. Podobnie jak Cane starał się postępować jak ojciec, grając według zasad, jednak Arthura cechowało coś jeszcze. Arthur był bardzo impulsywny. Niewiele potrzeba było, by Arthur wybuchał gniewem. Pomimo jednak swoich wad, jego ojciec zawsze był z Arthura dumny, bo ten nigdy nie odwrócił głowy od potrzebujących i nie przepuszczał nikomu, kto krzywdził słabszych, a w szczególności dbał o kobiety. Jego największą siłą była jego siostra bliźniaczka - Yvon.
Yvon, najspokojniejsza oraz najłagodniejsza z rodzeństwa była wspaniałą osobą. Wszyscy we dworze kochali Yvon od najmłodszych jej lat, gdyż wykazywała się niewiarygodną mądrością oraz wielkim sercem. Mała Yvon nigdy nie potrafiła odmówić pomocy, temu kto jej potrzebował. Nie obchodziło ją, czy ktoś jest bogaty, czy biedny, człowiek, elf, półelf, czy krasnolud. Yvon nie odmawiała pomocy nikomu. Dworzanie widzieli w Yvon odbicie jej matki, która zmarła przy porodzie ostatniego z rodzeństwa - Lonan’a.
Lonan, bardzo różnił się od rodzeństwa. Już od samego początku zdawało się, jakby gardził swoim rodzeństwem. Nie nawiązywał z nimi kontaktów, nie szanował ich, a co najważniejsze, co spowodowało poważny konflikt między nim, a jego bratem Arthurem, Lonan wyżywał się na Yvon. Okrutny i pamiętliwy od dziecka, Lonan karał wszystko i wszystkich, jeśli mu się czymś narazili. Już jako dziecko, z ustami wykrzywionymi w złowieszczym uśmiechu Lonan przyglądał się egzekucjom i torturom, a to martwiło króla, jednak nadal kochał swojego najmłodszego syna.
Pewnego deszczowego, jesiennego dnia, kiedy całe rodzeństwo już osiągnęło wiek dorosły, schorowany król wezwał do siebie wszystkie swoje dzieci.

  • Jestem już stary… - powiedział bez uprzedzenia. - Zanim jednak odejdę chcę abyście zawsze pozostali rodzeństwem. Dlatego podjęłem decyzję, że między was podzielę Melinor. - rzekł król. Jego słowa odbiły się echem po sali. Wszyscy obecni byli oszołomieni.
  • Czyś ty zdurniał na starość?! - krzyknął oburzony Lonan - Chcesz zniszczyć potęgę, którą budowałeś całe swoje życie? - krzyczał Lonan
  • Lonan… Proszę, uspokój się… - powiedział król. - Robię to dla waszego dobra. - powiedział cicho.
  • Dla naszego dobra?! Królestwem powinien rządzić ktoś silny i bezwzględny! Jednym królestwem! A ty chcesz je zniszczyć i podzielić na cztery!
  • Lonan proszę, nie krzycz teraz. - odezwała się cicho Yvon
  • Zamknij się! Kto ci udzielił prawo głosu kobieto! - ryknął Lonan
  • Jeśli się zaraz nie uspokoisz, to nie wiem czy ja się powstrzymam. - odezwał się stanowczo Cane - Ale to nie mnie się powinieneś się bać najbardziej. - dodał kładąc rękę na ramieniu Arthura, który aż zbladł ze wściekłości. Na ten widok, Lonan zatrzymał dla siebie resztę uwag, gdyż wiedział, że jeśli Arthur ruszy na niego, to nie przestanie w okładaniu go pięściami, aż do chwili gdy Lonan przeprosi.
  • Dzieci, proszę… - powiedział król po czym zaniósł się kaszlem.
  • Ojcze!!! - krzyknął Cane. Gdy tylko napad kaszlu ustał, król chwilę odczekał, po czym się odezwał - Nie kłóćcie się. Jeszcze nie odszedłem, a wy już zaczynacie walki. To właśnie ich chciałbym uniknąć. Dlatego podjem już decyzję. Cane dostanie na północy tereny Melinoru wraz z miastem Melinor. Arthurze. Tobie zostawiam środkowo-wschodni pas Nizin Trakonii, z miastem Rindoin. Yvon, moja słodka księżniczka. Dla ciebie zostawiam twoje ukochane góry Eidis oraz wyżynę Lerrin na południu oraz miasto Eidis, zaś dla Lonana mam całą nizinę Ferindbar wraz z miastem Mescova. Proszę abyście pamiętali, iż jesteście rodzeństwem… - ponowny, aczkolwiek mocniejszy napad kaszlu zaatakował króla, do tego stopnia, że król zaczął już kasłać krwią. - Pamiętajcie i błagam was… żyjcie w zgodzie… - po tych słowach król Sterwis wyzionął ducha.
  • Ojcze… Ojcze? Ojcze!!! - zaczęła krzyczeć Yvon, lecz król już nie żył. Yvon wtuliła się w Arthura i wybuchła płaczem. Arthur i Cane także nie powstrzymywali łez. Tylko Lonan zlekceważył to co się stało. Odwrócił się i bez słowa wyszedł z komnaty ojca. Lonan był przepełniony nienawiścią do swojego ojca, gdyż chciał władać całym Melinorem, a jego ojciec pokrzyżował jego plany. Wiedział, że teraz jego głównym celem będzie opanowanie całego kraju oraz, że nie odpuści, aż osiągnie swój cel wszelkim kosztem, nawet poświęcenia miast i ludzi.
    Jego cel miał rozpętać wielką wojnę między rodzeństwem, której bohaterami będą najmniej do tego przygotowane istoty…

[font]Rozdział 1 “Złe, dobrego początki…”

Zobaczył to przy karczmie. Słyszał o tym na targu. Widział co robiły. Trzy potężne wilki siały postrach i zniszczenie w całej wiosce Forestvill. Wioska była umieszczona wewnątrz lasu Yumeron, zwanym też, jeszcze przed rozpadem królestwa, lasem snów. Niegdyś wesoła społeczność Forestvill teraz cicha, nieprzyjemna, zamknięta dla obcych była terroryzowana przez wściekłe wilki. Starsi wioski obiecali nagrodę trzystu złotych monet za zabicie wilków, za każdego sto monet. Wielu było śmiałków, którzy podjęli walkę z wilkami, jednak ten, który miał najwięcej szczęścia i przeżył, stracił rękę oraz nogę. Teraz on chciał spróbować. Znał las lepiej niż ktokolwiek z wioski. Młody, siedemnastoletni, bezdomny chłopiec mający tylko nóż myśliwski, oraz piękny rapier jaki mu zostawiła mu jego matka przed śmiercią. Chłopiec podjął walkę, której nie mógł wygrać… Przynajmniej tak myśleli drwale, którzy mieszkali w wiosce. Jednak chłopiec krył w sobie coś, czego nie posiadał żaden inny śmiałek podejmujący sie wyzwania wilków… Chłopiec miał doświadczenie. Przeżył dwa lata sam w lesie, bo jego matka zmarła na nieznaną chorobę. Młodzieniec potrzebował pieniędzy, gdyż zbliżała się zima, a on nie miał gdzie przezimować. Musiał walczyć i wygrać. “Przegrasz, zginiesz… Wygrasz… Przeżyjesz…” pomyślał wychodząc zza rogu domu. Stanął naprzeciw wilków. Gdy te go zauważyły, było już dla nich za późno. Młodzian wykorzystał chwilę zaskoczenia. Z niewiarygodną jak na dwunastoletnie dziecko szybkością i precyzją, dobył prawą ręką rapiera, zaś lewą sięgną po myśliwski nóż. “Wygram… WYGRAM!!! Nie mogę… Przegrać!!!” krzyczał w myślach. Rzucił się na najbliższego wilka i w mgnieniu oka wbił rapier pod łopatkę zwierza, na wysokości serca przebijając ciało wilka, który zmarł na miejscu. Niestety nie miał czasu by wyciągnąć rapier. Kolejne wilki zaatakowały chłopca. Młodzian zareagował równie szybko i zwinnie jak wilki. Jednakże nadal za wolno. Jeden z wilków sięgnął łapą chłopca i rozciął mu pazurami klatkę piersiową pod skosem. Rany otworzyły się od lewej piersi, aż po prawą dolną część żeber. Młodzieniec popatrzył na swoją ranę, jednak coś zabłysło w jego oczach. Podniósł się z ziemi, krwawiąc spojrzał na dwa wilki, które go okrążały. “Mam tylko jedną szansę… Muszę je zabić prawie jednocześnie…” - pomyślał chłopak. I wtedy zaczęło się prawdziwe piekło. Wymachiwanie nożem i pazurami nie przerwanie przez prawie pół godziny, nie wyłoniło zwycięzcy. W tym czasie padł jeszcze jeden wilk cięty kilkakrotnie w boki, brzuch oraz z rozciętą szczęką. Zostali tylko młodzieniec i jeden, ostatni wilk. Chłopiec był na skraju wyczerpania, jednak cały czas wiedział, że jeśli przegra, to zginie. Ponownie wilk i człowiek rzucili się sobie do gardeł. Ponownie walczyli kilka minut, jednak wilk zaczął zdobywać przewagę. Chłopak opadał już z sił, gdy nagle… Błysk światła i wielki wybuch. Gdy już można było coś zobaczyć przez chmurę wzbitego w powietrze kurzu, wieśniacy zobaczyli spalone ciało wilka, leżące w kraterze po ogromnym wybuchu. Niedaleko dalej leżał nieprzytomny młodzian. Przerażeni, a za razem ciekawi wieśniacy podeszli do chłopca i zauważyli, że na jego dłoni pojawiło się znamię w kształcie białej róży, od której odchodziła ciernista łodyga biegnąca wzdłuż ręki, oplatała ją i ciągnęła się aż do czubka ramienia chłopca. Nikt z obecnych nie widział wcześniej takiego znamienia, jednak przestraszyli się, gdyż wiedzieli, że jest ono ściśle powiązane z magią, której tak nienawidzili. Pozostawili chłopca samego sobie by zmarł, jednak całe zdarzenie widział ktoś jeszcze. Ktoś ukryty w puszczy. Ktoś kogo nie spodziewano się w tak dziwnym miejscu jakim były leśne krzaki…
[font]Widział całe zdarzenie ze swojej kryjówki w krzakach. Najpierw był pewny, że nikt nie podoła wilkom, które panoszyły się w tej niewielkiej leśnej wiosce. Jednak gdy zobaczył chłopca dzierżącego broń, której nie spodziewał się, że jeszcze kiedyś zobaczy, zaczął się zastanawiać kim jest ten chłopak. Przez następne prawie półtorej godziny oglądał nierówne starcie między wilkami a chłopcem. Gdy chłopiec zaczął opadać z sił, mężczyzna ukryty w krzakach był pewny, że to dla młodzieńca koniec. A jednak coś się stało. Coś co się nie wydarzyło od ponad dwustu lat. W chwili kiedy chłopiec miał zostać zabity przez wilka, jakieś dziwne światło wybuchło z jego ciała, niszcząc wszystko dookoła chłopca w promieniu kilku metrów. Wilk został doszczętnie spalony, zaledwie w ułamku sekundy. “Czy to możliwe, że ten chłopiec…” pomyślał sobie nieznajomy. Kiedy zobaczył nieprzytomnego młodzieńca poczuł ulgę, jednak gdy zobaczył, że kilku mieszkańców wioski zaczęła się zbliżać do chłopca dzierżąc w rękach widły i siekiery, natychmiast opuścił kryjówkę i ruszył na przeciw chłopom. “Nie mogę pozwolić by go zabili…” pomyślał nieznajomy. Wychodząc z lasu chłopi ujrzeli mężczyznę ubranego w czarny płaszcz, sięgający kostek oraz z kapturem ukrywającym twarz przybysza. Zatrzymali się, gdyż wokół mężczyzny roztaczała się złowieszcza aura. Zaledwie spojrzenie na postawę mężczyzny, wystarczyło, by chłopi zaczęli się wycofywać.

  • Kim jesteś? - krzyknął jeden z chłopów. - Gadaj, jeśli ci życie miłe! Czemu kryłeś się w lesie? I czemu wyszedłeś akurat teraz? - padały kolejne pytania z ust wieśniaków. - “Nie mogę pozwolić by go zranili.” - pomyślał mężczyzna i wtedy zauważył jakie znamię się pojawiło na lewej ręce chłopca - “Niemożliwe!” wykrzyknął w duchu mężczyzna i pochylił się nad chłopcem by mu się bliżej przyjrzeć. “Młodzian, około dwunastu lat, dzierży sławną klingę, należącą do elity najlepszych szermierzy tego kraju oraz dostaje znamię białej róży! To na pewno nie jest zwykły chłopak… Złodziej? Oszust? A może…”

  • Zadałem ci pytanie szumowino! - krzyknął wieśniak, który pierwszy zadał pytanie. - Gadaj no! Czego tu szukasz?

  • Ten… chłopiec… Co z nim chcecie zrobić?

  • Jest powiązany z tym plugastwem, jakim jest magia! Jak myślisz co z nim zrobimy?! - wykrzyknął ten sam wieśniak, potrząsając w trzymaną w ręce siekierą. - To chyba oczywiste, że się go odpowiednio pozbędziemy!

  • Dobrze więc… - odpowiedział mężczyzna. - Od tej chwili ten chłopiec znajduje się pod moją protekcją. Ktokolwiek chce się do niego zbliżyć z bronią w ręku… Musi najpierw pokonać mnie! - to mówiąc mężczyzna, zrzucił swój płaszcz ukazując czerwono złotą tunikę, nałożoną na wypolerowaną zbroję, zaś w jego prawej ręce pojawiła się włócznia.

  • K… Kim do diabła jesteś?! - krzyknął jeden z przerażonych wieśniaków.

  • Jestem Melichior de Grinn. Kapitan oddziału zwiadowców, pod wodzą Strażników! Ten chłopiec od teraz jest pod moją protekcją, aż do chwili gdy dostarczę go do Świątyni bogini Luny, gdzie rozpocznie szkolenie na nowego Strażnika. - mówiąc te słowa Melichior czół dumę, ale i strach. Stał bowiem sam na przeciw około czterdziestu uzbrojonych wieśniaków. Pomimo swoich umiejętności, nie był pewny, czy byłby w stanie pokonać tylu przeciwników na raz.

  • Ch… Chcesz zabrać stąd tego chłopaka? - zapytał jeden z wieśniaków.

  • Tak. - Nastała chwila ciszy, której nawet świerszcze nie przerwały. W końcu jeden z wieśniaków odchrząknął, po czym powiedział [font]- A więc zabierz to przeklęte dziecię i niech jego noga nigdy więcej tu nie postanie! Nie chcemy mieć do czynienia z niczym co magiczne!

  • Tak się stanie. Daję słowo. - po tych słowach Melichior przywołał swojego konia, podniósł i usadowił nieprzytomnego chłopca na koń, po czym wsiadł na konia i ruszył w drogę. Tego dnia rozpoczęła się historia młodego chłopca, któremu pisane było dokonać wielkich rzeczy… [font]Rozdział II[font]

[font]“Kim ja jestem?”

Długo jechali leśnym gościńcem. Melichor wiedział, że ma teraz niewiele czasu, by dowieźć chłopca w bezpieczne miejsce. Przecież nie tylko on mógł zauważyć, co się stało tamtego dnia w lesie. Wiedział, że nie tylko on poszukiwał… - No właśnie. - Pomyślał Melichior – Przecież powiedziano mi, że znamię pojawi się u dziewczynki! A ja przecież wiozę chłopca! - Zdziwiony, gdy tylko znalazł bezpieczną polanę blisko strumienia, mógł się zatrzymać i odpocząć chwilę przed kolejnym szaleńczym rajdem. Kiedy tylko skończył zajmować się koniem, przypomniał sobie o chłopcu.[font]

[font]Chłopak był rozpalony. Miał gorączkę, zimne poty zalewały jego czoło, a skóra wokół znamienia w kształcie białej róży, była poparzona. Zanim Melichior zaspokoił swoją ciekawość, musiał się zająć chłopcem. Ze swoich juków wyciągnął czystą białą szmatę i ruszył w kierunku strumienia by ją wypłukać w wodzie i zrobić zimny okład dla chłopca. Woda w strumieniu była przeźroczysta i chłodna. Gdy Melichior włożył weń ręce ze szmatką, zimna woda, choć po części, ukoiła ból w przetartych od trzymana wodzy dłoniach. Zaraz gdy szmatka była mokra, Melichior wrócił do chłopca, okrył go kocem i położył zimny okład na rozpalonym czole młodzieńca. Następnie, ponownie udał się nad strumyk by nabrać wody i zaparzyć zioła.[font]

[font]Kiedy wracał do obozowiska, usłyszał ciche pojękiwania. Natychmiastowo puścił się biegiem do obozu, by zbadać przyczynę jęków. Chłopiec ocknął się i zaczął odczuwać wielki ból bijący z poparzonego ramienia.

  • Spokojnie, młodzieńcze. Leż spokojnie i nie wierzgaj tak jak spłoszony koń, a nie będzie aż tak bardzo bolało.- Gdzie jestem? - zapytał chłopiec.

  • Co się stało? Czy w wiosce jest już bezpiecznie?

  • Uspokój, chłopcze. Wioska jest bezpieczna i to dzięki tobie. Jesteśmy w drodze do miasta Verdin. Stamtąd udamy się dalej na północ do świątyni Luny. Tam zdecydują co z tobą zrobić.

  • C… Co to znaczy „zdecydują”? - zapytał wyraźnie zaniepokojony chłopiec. - A co ważniejsze gdzie jest mój miecz i kim ty u diabła jesteś? - mówiąc to, chłopak coraz bardziej podnosił głos, próbując wydostać się spod koca.

  • Nie przeklinaj, chłopcze. Jest to zbędne oraz nieodpowiednie dla tak młodej osoby, by używać takiego języka. Odpowiem na wszystkie twoje pytania, ale pozwól mi teraz się zająć twoją ręką. - odpowiedział spokojnie Melichior. Chłopak niechętnie, ale podał rękę Melichiorowi, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem. - Jak już powiedziałem, jesteśmy w drodze do miasta Verdin w księstwie Mescova, lecz naszym głównym celem jest świątynia Luny, która znajduje się na neutralnej ziemi Zakonu Aedin, inaczej znanym jako Zakon Cieni.

  • Dlaczego tam jedziemy? - zapytał zmieszany chłopiec.

  • Spokojnie, dziecko. Wszystko po kolei. Pytałeś się kim jestem. Jam jest Melichior Redlock. Jestem kapitanem składu zwiadowców pochodzących, właśnie z tejże organizacji jaką jest Zakon Aedin. Mój oddział dostał za zadanie zlokalizowanie ostatniego dziecka, obdarzonego znamieniem strażnika.

  • To coś co mam na ręce? - spytał niepewnie chłopiec.

  • Otóż to. Pytałeś czemu jedziemy akurat do świątyni Luny? Odpowiedzią jest barwa znamienia jakie pojawiło ci się na ręce. Jest ono białe, co oznacza Rycerza Księżyca lub inaczej dziecię Luny, pani nocy. Są, poza znamieniem księżycowej róży, jeszcze cztery inne znamiona. Czerwone znamię Władcy Ognia, czyli dziecię Infryta, boga wojny i władcy ogni, błękitny znak strażnika życia, dziecię Aquarius, władczyni mórz i jednej ze stworzycieli życia, zielone znamię Leśnego Łowcy, dziecięcia Diany, pani lasów i patronki łowów oraz złote znamię Świetlistego Paladyna, wybrańca boga słońca, Helio. Cała piątka tworzy Świętą Straż. Każde z wybranych dzieci, gdyż to zawsze dzieci są wybierane na kolejnych strażników, jest innej rasy. Rasy te odpowiadają tematowi przewodniemu danego boga. Na przykład Paladynami zazwyczaj zostają ludzie, Łowcami, driady, Władcami Ogni, succubusy, znane powszechniej jako diablęta, nimfy zazwyczaj są wybierane jako Strażnicy Życia, zaś elfy, takie jak ty, stają się Rycerzami Księżyca. Ponad to…

  • Ale… - zająknął się niepewnie chłopiec – ale ja nie jestem elfem…

  • Jak to? - zdumiał się Melichior – to niemożliwe! Otrzymałeś… No właśnie! Zacznijmy od tego, że strażnicy… a dokładniej strażniczki… W historii jeszcze się nie zdarzył się jeszcze męski strażnik! Zatem jesteś pierwszym męskim strażnikiem. A teraz powiedz mi, jak to możliwe, że twierdzisz, iż nie jesteś elfem, a zostałeś obdarzony znamieniem księżycowej róży, które przypada tylko i wyłącznie elfom?

  • Moi przodkowie to elfy, bo moja matka… tak długo jak żyła, zawsze mi powtarzała, że jesteśmy elfami. Ona była elfką, jednak kiedy pytałem o ojca, matka mówiła, że ojciec, kiedy go poznała, był wielkim człowiekiem. Nie elfem. Człowiekiem. Ale kiedy zapytałem ją gdzie jest mój ojciec, to odpowiedziała mi, że już od dawna nie żyje.

  • No to jest naprawdę nowość. Nie dość, że jest pierwszym męskim strażnikiem, to na dodatek jest półelfem! - powiedział rozbawiony Melichior. - W świątyni dopiero zaczną się pytania, gdy dowiedzą się co się stało. A teraz chłopcze, proszę opowiedz mi o sobie. Wszystko po kolei.

  • Może zacznę od samego początku. - westchnął młodzieniec.

  • Mądrze. A więc słucham. - zachęcił go Melichior.

  • Mam na imię Lune’ar. W języku elfów, znaczy to dziecię księżyca. Moja historia zaczęła się…

Było to w południe. Gdyby ktoś znalazł się na tamtej polanie, zobaczyłby chłopca, nie więcej niż dwunastoletniego, mizernie wyglądającego chłopca, bladego jak sama śmierć i żywego niczym najzdrowsze i najsilniejsze źrebię oraz dorosłego, poznaczonego bliznami, świadczącymi o wielkiej sile, mężczyznę. Ktoś kto by znalazł się na tamtej polanie słyszałby dramatyczną historię o życiu chłopca…

  • Mam na imię Lune’ar. W języku elfów, znaczy to dziecię księżyca. Moja historia zaczęła się w dniu elfiego święta księżyca Lune’færēn. Jako, że się urodziłem w kulminacyjnym momencie święta, przywódca naszego klanu, Na’adriel nadał mi to imię i próbował namówić moją matkę, bym został wyszkolony na Białego Kapłana. - powiedział Lune’ar. Melichior słysząc ten tytuł wzdrygnął się. Biali Kapłani, byli znani wszystkim rasom zamieszkującym Północny Kontynent. - Moja matka jednak odmówiła. Jednak Na’adriel, nie zamierzał pozwolić mojej matce decydować, o jak mnie zawsze określał, “Wybrańcu Nocy”. Przez niego, pomimo mojego niewielkiego wieku, musiałem szkolić się w szermierce, strzelaniu z łuku, skradania się i technik skrytobójczych. Gdy zaś odmawiałem, bił mnie. - przerwał na chwilę, by zabrać od Melichiora, garnuszek gorącego naparu z ziół. Pociągną z garnuszka niewielki łyk, ale gdy sobie poparzył usta, odsunął garnuszek, by napar trochę ostygł. Odetchnął i pononie podjął opowieść. - Na’adriel, pewnego dnia nawet, wbrew mej matce, chciał potajemnie mnie przekazać Białym Kapłanom, jednak moja matka zdołała wykryć co się działo i ocaliła mnie. Jednak, cena jaką zapłaciła… Była zbyt wysoka. O Na’adrielu, można było powiedzieć wiele, jednak jego największą bronią przeciw mojej matce, była jego mściwość. Na’adriel wiedział, że jestem półelfem, jednak nie powiedział tego nikomu, bo myślał, że będzie mógł szantażować moją matkę. Ale kiedy przekonał się, że ona się nie ugnie przed nim… Ogłosił w wiosce moją tożsamość nieczystego dziecka. Zhańbił i wygnał nas, pod groźbą śmierci, jeśli kiedyś powrócimy. Tamtego dnia… miałem zaledwie dwadzieścia lat… Długo podróżowaliśmy z matką. Przeszło dziesięć lat szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy się schronić. W czasie podróży, mama uczyła mnie czytania i pisania. Pozwoliła mi też doskonalić się w szermierce i łucznictwie. Nauczyła mnie też jak tropić i polować. Pokazała mi świat. Jego piękno, potęgę natury magii oraz nauczyła kochać to co nas otacza. Jednak te dni nie trwały długo… - Lune’ar na chwilę przerwał. Melichior oderwał wzrok od swojego kubka z naparem i spojrzał na twarz chłopca. Nie spodziewał się, że ujrzy tak wielki ból jaki namalował się na twarzyczce dziecka. Jednak najbardziej zaskakujące… Były jego łzy. Młody półelf płakał. Melichior nie mógł wiedzieć, że następne słowa chłopca, będą opisywały najstraszniejszą historię jaką można było usłyszeć, z ust dziecka. - … Kiedy z matką jechaliśmy do miasta Eidis… W górach, na przełęczy Szmaragdowego Nieba… zostaliśmy zaatakowani. Banda zbirów, zrobiła na nas zasadzkę. Jednak my byliśmy na nich przygotowani. Ja i moja matka walczyliśmy razem. To był pierwszy raz jak widziałem, że mama walczyła na poważnie. Walczyliśmy długo. Nas było dwoje ich, ze dwa tuziny. Jednak gdy odparliśmy napastników, jeden z uciekających odwrócił się i rzucił w moją matkę zatrutym nożem. Szybko trucizna rozeszła się po jej ciele. Na moich oczach, moja matka odchodziła. Ro… - chłopiec, z trudem powstrzymywał swój płacz. - Robiłem co mogłem by ją ocalić, ale byłem za słaby. Wzywałem wielu uzdrowicieli, druidów, magów i kapłanów. Jednak nic nie przyniosło efektu. Trzy dni po zadaniu rany… Moja mama… - Melichor patrzył tylko. Nie wiedział co powinien powiedzieć chłopcu. Lune’ar nie potrafił dłużej powstrzymywać łez. Po chwili, Lune’ar wrócił do opowiadania historii, jednak jego głos nie był już tak samo śpiewny jak przedtem. - Zanim umarła, dała mi ten miecz i kazała przysiąc, że nigdy nie użyję swojej siły przeciwko niewinnym, bezbronnym i słabszym. Kazała też przysiąc, że nigdy nie stanę się taki jak mój ojciec. Zaraz po tym jak przysiągłem dała mi ten miecz, nazywając go Lior’haakr, czyli Smoczym Pazurem. Przekazując mi go, ostatnim tchnieniem powiedziała, że mnie kocha i strzec będzie zawsze. Gdzie tylko się znajdę… Kilka dni później znalazłem się w tamtej wiosce, gdzie mnie znalazłeś. To moja historia… - po tych słowach Lune’ar położył się z powrotem pod koc i cicho szlochając zasną, zostawiając Melichora samego ze swoimi myślami… Gdyby ktoś tamtego wieczoru znalazł się na tamtej polanie, ujrzałby dziecko, które spało z wymalowanym bólem na twarzy oraz jeszcze nie wyschłymi łzami spływającymi po policzkach. Obok śpiącego chłopca siedział pogrążony w myślach mężczyzna. Gdyby ktoś przypatrzył się temu mężczyźnie zauważyłby wiele blizna na jego ciele. Widać było, że mężczyzna jest wojownikiem jakiego ciężko jest złamać. A jednak nawet w jego oczach pojawiła się jedna, samotna łza wyrażająca niesamowite współczucie dziecku, które nie powinno było przejść tego, co złamałoby każdego. - “Ten chłopak… Jak wiele musiał wycierpieć w tak krótkim czasie? Jak wiele zostało mu odebrane, gdy ten ledwo od ziemi odrósł?” - myślał Melichior. Podczas swoich rozmyślań nad tragedią dziecka, którego tak naprawdę nie znał, przyłapał się na tym, że po jego policzku popłynęła łza - “Nie może być!” - zaśmiał się w duchu pocierając obrączkę na swoim palcu. - “Teraz płaczę, a wtedy nawet łzy!” - Po kilku godzinach rozmyślań po opowieści Lune’ara, i Melichiora znużył sen. Nawet nie zauważył kiedy osunął się w odmęty krainy snu.Parę godzin później, Melichior się obudził i zobaczył to czego najmniej się spodziewał. Lune’ar, w czasie kiedy on spał, zdążył upolować, oskórować i przygotować dorodnego jelenia. - “Zaiste nawet dziecko półelf jest znacznie lepszym myśliwym niż najlepszy ludzki leśniczy” - pomyślał z rozbawieniem.- Już wstałeś staruszku? - powiedział Lune’ar gdy zobaczył podnoszącego się Melichiora.- Kogo nazywasz starym?! - odpowiedział z uśmiechem Melichior - Mam ledwie czterdzieści sześć lat! A teraz powiedz mi kiedy zdążyłeś zapolować i przyrządzić tego jelenia?- Ty zasnąłeś, a ja się obudziłem i pomyślałem, że przyda się nam trochę świeżego mięsa. Tego zawsze uczyła mnie mama. – powiedział z uśmiechem Lune’ar – Często powtarzała „Nie można żyć, żywiąc się jedynie korzonkami. Czasami przydaje się jakaś odmiana.”– I miała rację… - rzucił cicho pod nosem Melichior, zabierając się do pomocy chłopcu. W ciszy razem dokończyli prace nad mięsem i przygotowali posiłek, który złożony był z resztek chleba jaki im został i pysznie przygotowanego jelenia. Kiedy obaj już zjedli swój posiłek, udali się nad strumień by się wykąpać. Strumień w którym się mieli wykąpać nie był głęboki, mimo to był to wręcz rwący, lodowaty potok. Zaraz po kąpieli ruszyli w dalszą drogę.Droga do Verdin nie była trudna. Dotarli do miasta równo z południem. Verdin było niewielką, ale żywą mieściną. Kamienne zabudowania, pokryte jednak słomianymi dachami, sprawiało wrażenie miasta, które ledwo skończyło być wioską. Niewielki ryneczek mogący pomieścić nie więcej jak tuzin straganów, tętnił życiem. Wielu ludzi tłoczyło się przy rozłożonych straganach, próbując znaleźć coś ciekawego. Duchota i zapach potu były wszechobecne i na tyle mocne, by podrażnić młodego półelfa, jednak ten nawet nie dawał tego po sobie poznać. Melichior i Lune’ar szli przez miasto ukryci pod połami swoich płaszczy. Szukali jakiejś gospody, gdzie mogliby zatrzymać się i wypocząć. W końcu po godzinie szukania, znaleźli to czego szukali. Niewielka, ale nawet zadbana gospoda, o dosyć ciekawym szyldzie, na którym widniała nazwa lokalu „Pod końskim zadem”, sprawiała wrażenie idealnej dla nich.- Zatrzymamy się tutaj na noc. Musimy uzupełnić zapasy, a ja muszę skorzystać z gołębi pocztowych, by przesłać do świątyni informacje, o tym że zbliżamy się do nich. – powiedział Melichior, stając przed wejściem do gospody.- Ile potrwa jeszcze podróż do tej świątyni?- Tak jak teraz znajdujemy się w Verdin, to zostało nam jeszcze około dwóch dni drogi. Ale nie martw się. Mając wypoczęte konie, może uda nam się dotrzeć na miejsce jeszcze jutro wieczorem. – uśmiechnął się Melichior, by dodać otuchy chłopcu. – Masz tutaj sakiewkę z pieniędzmi. Wejdź i załatw nam pokój, ja muszę iść i załatwić tego gołębia. – po tych słowach już miał odejść, gdy nagle przypomniał sobie jeszcze jedno. - O Lune’ar słuchaj. Tutaj masz jeszcze pieczęć zwiadowcy Zakonu. Jeśli, nie daj Luno, zaczną cię wypytywać, to powiedz, że jesteś na terminie u zwiadowcy Zakonu i pokaż im pieczęć. To powinno wystarczyć, by zniechęcić do kolejnych pytań. No młody, goń i załatw to. – Melichior poklepał jeszcze chłopca po ramieniu i ruszył w kierunku rynku miasteczka, pozostawiając półelfa samego… Lune’ar patrzył na odchodzącego Melichiora. Czekał z wejściem aż zwiadowca zniknie za zakrętem, wchodząc w jakąś boczną uliczkę. Chłopak spojrzał raz jeszcze na szyld, po czym wziął głęboki oddech i otworzył drzwi gospody. Pierwsze co poczuł to uderzenie gorąca i zapachu dymu, potu i alkoholu bijące z wnętrza gospody. Dla wychowanego w czystych i chłodnych lasach południowej środkowego Melinoru, było to jak uderzenie młotem. Dopiero po krótkiej chwili, Lune’ar był w stanie wejść do gospody. Wewnątrz panował półmrok. Stoły były poustawiane bardzo pieczołowicie, ognisko będące w centralnej części pomieszczenia dawało dużo ciepła, a dla półelfa nawet trochę za dużo. Kilku gości siedziało przy paru stolikach sącząc tanie trunki, jakie oferował lokal. Po pomieszczeniu biegała też młoda, na oko siedemnastoletnia dziewczyna. Obsługiwała gości, z wielką gracją i wyćwiczoną szybkością oraz pewnością. Lune’ar podszedł powoli do blatu, za którym stał karczmarz. Starszy, łysy mężczyzna, z krótko ściętą, już delikatnie posiwiałą brodą odziany był w prostą lnianą białą koszulę, zwykłe spodnie oraz brudny fartuch. W momencie gdy chłopak podszedł do niego, karczmarz kończył polerowanie kufla.- Co podać synku? – rzucił nie przejmując się młodym wyglądem Lune’ara.- Nic mi nie trzeba. – odpowiedział półelf. – Mam tylko pytanie. Macie pokoje do wynajęcia?- Ano chyba jest jeszcze jedna izdebka na górze. A co chcemy wynająć? – zapytał karczmarz, mierząc chłopaka spojrzeniem. – Pytanko brzmi, czy masz pieniądze chłoptasiu, by taki pokoik wynająć.- Spokojnie, dobry człowieku. – odpowiedział pewny siebie Lune’ar – Pieniędzy mam aż nadto. Chcę wynająć ten pokój na tę noc. Mam nadzieję, że nie będzie to problemem. – to mówiąc, chłopak ukazał emblemat, który otrzymał od Melichiora. Najwyraźniej był on na tyle mocnym argumentem, by karczmarz przestraszył się i przestał patrzeć wyzywająco na młodzieńca.- Ależ nie, oczywiście. – odpowiedział karczmarz, wyraźnie zaniepokojony. – Poproszę zaraz córkę, by zaprowadziła Pana do pokoju. – powiedział mężczyzna i natychmiast przywołał do siebie kelnerkę, polecając jej by pokazała Lune’arowi jego pokój. Kelnerka była ładna. Miała około dziewiętnastu lat. Jej delikatna i blada cera dawała wrażenie, jakby nie była w pełni człowiekiem, zaś długie, rude włosy spadały kaskadami na jej niewielkie ramiona, dodając jej uroku, który sprawiał, że ciężko było odwrócić od niej wzrok. Lune’ar przywykł do takiej urody, gdyż elfickie kobiety, były uważane za najpiękniejsze istoty na ziemi. Jednak nawet jemu urok dziewczyny, zaparł na chwilę dech w piersiach. Dziewczyna delikatnie wzięła za rękę chłopaka i poprowadziła po schodach na piętro by pokazać pokój.- Oto twój pokój Panie. – powiedziała z uśmiechem delikatnym i melodyjnym głosem. – Czy jest coś jeszcze, w czym mogę Panu pomóc?- Nie, to wszystko. – odpowiedział półelf, zrzucając swój bagaż na łóżko. – Tylko jedna prośba. Będzie w tym pokoju spał jeszcze jeden mężczyzna. Czy da się ty załatwić jakieś dodatkowe łóżko?- Ależ oczywiście, Panie. – powiedziała dziewczyna i miała już wyjść, gdy nagle zatrzymała się, by o coś zapytać chłopaka. – Panie, wybacz mi moją śmiałość, ale jeszcze w życiu nie słyszałam tak pięknego głosu jak Twój. Proszę powiedz mi, czy jesteś bardem? – zapytała z nadzieją. Lune’ar przez chwilę zdezorientowany, uśmiechnął się pod nosem odpowiedział.- Nie, moja Pani. Niestety nie jestem bardem, chociaż znam kilka pięknych pieśni, tak samo jak i lutnia nie jest mi obcym narzędziem.- Nie jestem panią. – odparła z uśmiechem dziewczyna. – Mam na imię Trina. A jak Ciebie zwą, zakapturzony wędrowcze? – powiedziała z uśmiechem. Jej sympatyczne podejście i spokój z jakim się odnosiła do chłopca, urzekły go, dzięki czemu nie miał oporów ze zdjęciem kaptura.- Jestem Lune’ar. Do usług. – powiedział z lekkim ukłonem, jaki był w zwyczaju elfów, jako wyraz szacunku. Trina zaskoczona widokiem młodego elfa, nie mogła przestać wpatrywać się w młodzieńca.- Jesteś elfem! – wykrzyknęła zdziwiona, jednak po chwili zaskoczenie przeszło w fascynację. – Rzadko się zdarza, by do tej mieściny witali przedstawiciele innych ras, niż ludzi. Co cię sprowadza do Verdin? – zapytała niewinnie.- Wybacz mi Trino, jednak nie mogę ci tego powiedzieć. Przykro mi.-Och, nie. To ja przepraszam. Nie powinnam była w ogóle pytać. – zakłopotana, nie wiedziała co zrobić w takiej sytuacji. Po raz pierwszy w życiu miała przed sobą elfa, co sprawiło, że nie wiedziała jak się zachować. – Powiedz mi Panie, czy zejdziesz może dzisiaj wieczór na dół i uraczysz nas jakąś pieśnią? Nigdy nie słyszałam pieśni elfów, a jestem bardzo ciekawa, jak one brzmią.- Nie wiem czy będę w stanie. – skrzywił się Lune’ar. Chciał pokazać dziewczynie kilka swoich ulubionych pieśni, jednak zdawał sobie sprawę, że Melichior może być temu przeciwny. – Jednak obiecuję Ci, że kiedyś zaśpiewam, specjalnie dla Ciebie. Jeśli nie dzisiaj, to kiedyś. – dodał z uśmiechem.- Dobrze. – Trina uśmiechnęła się, jednak w jej pięknych błękitnych oczach widać było żal. – Trzymam cię za słowo. A teraz wybacz, ale muszę wracać. Mój ojciec może się bardzo denerwować, że tak długo tu zabawiłam.- Ależ oczywiście. – odparł chłopak. – A więc Trino, do następnego spotkania. – uśmiechnął się półelf i z delikatnym ukłonem, ujął rękę dziewczyny i delikatnie pocałował. Wrażenie na dziewczynie wywarł niesamowite. Nieprzyzwyczajona do takiego zachowania, Trina zarumieniła się i szybko uciekła z pokoju zarówno zmieszana, jak i zachwycona. Zaraz po wyjściu dziewczyny, Lune’ar usiadł na łóżku sprawdzając jego miękkość, po czym zaczął się zastanawiać, czemu Melichiora jeszcze nie było. [font]Melichior zaraz po rozstaniu z chłopcem, ruszył na targ. Musiał uzupełnić zapasy na koleje dni drogi do klasztoru. Szybko uwinął się ze zdobyciem potrzebnego ekwipunku, jednak zanim wrócił do gospody, gdzie Lune’ar wynajął im pokój coś przykuło jego uwagę. Na dziedzińcu przed ratuszem umieszczony był ogromny pręgierz, którego jeszcze trzy miesiące temu nie widział. Zaciekawiony podszedł bliżej, przeciskając się przez tłum zgromadzonych mieszczan, by ujrzeć dwudziestu mężczyzn ustawionych w równym rzędzie, obdartych do pasa z odzienia. Byli pilnowani przez pięciu żołnierzy w purpurowo-złotych tunikach – barwach księcia Lonana. „Co tutaj robią żołdacy Lonana?!” – pomyślał Melichior – „Przecież tu jest terytorium pod protektoratem księżnej Yvon!”- Zdziwienie i oburzenie były tak wielkie, że Melichior chciał złapać za miecz i przepędzić żołnierzy z miasta, lecz pamiętał, że jest w Verdi z ważniejszą misją. Musiał jeszcze wysłać gońca do miasta Avar, które znajdowało się na terytorium Zakonu Aedin i w którym była się świątynia Luny. Melichior ruszył w stronę posterunku gońców. Gdy do niego dotarł wynajął najszybszego gońca, wręczył mu list, który miał zostać dostarczony do świątyni w przeciągu dnia, po czym skierował swoje kroki do gospody, gdzie czekał na niego Lune’ar. Zbliżając się do karczmy, Melichior zauważył ciemną postać skrytą w zaułku jednego z domostw. Miał pewność, że był to szpieg.

[font]Wynosimy się. Natychmiast! - krzyknął Melichior pakując swoje juki.
[font]Co się stało? - zapytał zdziwiony Lune’ar, zaniepokojony zachowaniem towarzysza.

[font]Pakuj się mówię! Musimy się stąd wydostać jak najszybciej. W mieście panoszą się żołnierze Księcia Lonana, a dla nas to znaczy kłopoty.

[font]Lune’ar więcej nie protestował, zabrał się szybko do pakowania, jednak w połowie pracy usłyszeli jak ktoś zaczyna robić awanturę w gospodzie.

[font]Zostań tu… - powiedział Melichior i ruszył do drzwi pokoju dobywając miecza.

[font]Schodząc po schodach usłyszał rozmowę gospodarza z jakimś innym mężczyzną, jednak nie spodziewał się tego co usłyszy.

[font]Dostaliśmy informacje, że ukrywają się tu dwaj przestępcy! Członek Zakonu, wraz ze swoim uczniem. Żądam ich natychmiastowego wydania. - powiedział twardo żołnierz.
[font]Nie masz tu prawa niczego żądać! - odpowiedział karczmarz. - Nie twój pan włada tą ziemią
[font]Od dzisiaj już tak! - wrzasnął mężczyzna dobywając miecza – A teraz powiedz gdzie się ukrywają a nie stanie ci się krzywda! - Lune’ar dołączył do Melichiora obserwując sytuację.
[font]Musimy coś zrobić! - powiedział zaniepokojony. - Jeśli się nie włączymy, niewinni ucierpią.
[font]Wiem. Ale nie wolno mi działać, dopóki nie znajdziesz się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia… - powiedział Melichior, jednak w jego oczach widać było chęć do pomocy właścicielowi karczmy. - Naglę rozległ się pisk dziewczyny, a ich oczom ukazał się kolejny z żołdaków ciągnący Trinę za włosy.
[font]Hej kapitanie! Patrz jaką perełkę tu znalazłem. - zaśmiał się szyderczo mężczyzna rzucając córkę karczmarza na ziemię.
[font]Wszystko, tylko nie róbcie jej krzywdy! - wrzasnął załamany karczmarz.
[font]Nie? - zapytał ze złowrogim spojrzeniem kapitan. - Dobrze więc. Nie zrobimy jej krzywdy, jeśli powiesz gdzie oni się ukrywają. - karczmarz widocznie rozdarty, gdyż bał się równie mocno o życie córki, jak i zemsty Zakonu, za zdradzenie go. Jednak zanim cokolwiek zdążył powiedzieć, kapitan zaryczał głośnym śmiechem, gdyż wiedział co nastąpi.
[font]Są na górze… - powiedział szeptem, wyraźnie załamany. - Proszę, nie rób jej krzywdy. - załamany głos zdradzał rozpacz i błaganie, o życie córki.
[font]Cieszę się, że zrozumiałeś. Zabrać ją do garnizonu.
[font]Powiedziałeś, że nie zrobisz jej krzywdy! - ryknął karczmarz
[font]I tak się stanie. Jedyne co zrobimy, to dostarczymy jej i sobie wiele zabawy i przyjemności. - powiedział kapitan wybuchając śmiechem.
[font]Ty skurwysynu! - ryknął oberżysta i rzucił się na kapitana, jednak ten dobył sztyletu i wbił go mocno w serce karczmarza.
[font]Teraz to już jest nasza dziwka. - wyszeptał żołnierz, do ucha umierającego mężczyzny.
[font]Tato! - krzyknęła Trina, wciąż trzymana przez żołdaków.
[font]Cicho maleńka. Zanim się rozprawimy ze zdrajcami, zabawimy się jeszcze z tobą. - powiedział kapitan, zbliżając się do twarzy dziewczyny, całując ją w policzek. Trina próbowała jeszcze walczyć, jednak żelazny uścisk rąk żołdaków nie pozwalał jej uciec. Kapitan z uśmiechem widząc bezradność dziewczyny, rozdarł jej odzienie, ukazując piękne, nagie ciało młodej kobiety.
[font]No no. - powiedział mężczyzna przyglądając się jej ciału. - Jednak coś temu śmieciowi w życiu się udało. A teraz przejdźmy do zabawy. - w tym momencie rozległ się cichy świst, zaś po chwili, między oczami żołdaka trzymającego dziewczę, pojawił się nóż. Zaskoczony kapitan odskoczył od opadającego mężczyzny i odwrócił się. Zobaczył młodego chłopca, na oko siedemnastoletniego, który trzymał w ręce piękny rapier, a w jego oczach widać było wściekłość. Pięciu żołnierzy i kapitan wpatrywali się w niego zaskoczeni, lecz po chwili dotarło do nich, że stoi przed nimi zabójca ich kompana oraz osoba, której szukali.
[font]Ty mały gnojku. - powiedział wściekły kapitan. - Zapłacisz mi za to! Brać go! - krzyknął dobywając miecza. Jego podwładni uczynili to samo i rzucili się do ataku. Jednak nie mogli wiedzieć, z czym się mierzą. Lune’ar z gracją, jaką wykazują się najlepsi szermierze, parował ataki wszystkich pięciu napastników, zaś tym czasie Melichior, ukrywając się w cieniach półmroku, jaki panował w karczmie ruszył w stronę kapitana.
[font]Co wy robicie, wy śmiecie! - ryczał wściekły kapitan. - Nie potraficie pozbyć się jednego gnojka, z wykałaczką?! - rugał swoich podłwadnych, a w jego głosie coraz bardziej słychać było desperacje. W tym czasie, półelf zdążył pokonać dwóch przeciwników. Melichior dotarł w końcu do kapitana atakując go od pleców, ogłuszając. Lune’ar tańcząc z mieczem wybił wszystkich żołdaków, po czym schował miecz do pochwy i podbiegł do przerażonej Triny.
[font]Nic ci nie jest? - zapytał przejęty. - Już po wszystkim. Jesteś bezpieczna. - powiedział ciepło. Dziewczyna popatrzyła na niego ze łzami w oczach i wybuchając głośnym płaczem wtuliła się w niego. Zaskoczony młodzieniec, w pierwszej chwili nie wiedział co zrobić, jednak Melichior dał mu wyraźny sygnał, że ma się zająć dziewczyną. Sam zajął się przygotowaniami do przesłuchania kapitana żołdaków. Półelf prowadząc kobietę do pomieszczenia obok, zajął się wszystkim. Przyniósł jej nowe ubranie, przygotował napar z ziół, by się uspokoiła i zajął się ciałem jej ojca.
[font]Nie mam już nikogo… - powiedziała przygnębiona. - Najpierw matka, a teraz mój ojciec. Nie mam już nikogo. - to mówiąc, znowu wpadła w rozpacz i zaczęła płakać.
[font]Wiem jak się czujesz. - powiedział chłopak.
[font]A niby skąd? Mogłeś go uratować, mogłeś go ocalić, a jednak tego nie zrobiłeś! - krzyczała Trina, rozpaczliwie szukając ujścia dla swoich emocji. Lune’ar chciał ją przytulić, by ją uspokoić, jednak, dziewczyna odepchnęła go.
[font]Gdybym mógł, zrobiłbym to, jednak nie potrafiłem. A wiem jak się czujesz, bo ja również straciłem rodziców… - powiedział jej ciepło, ale w jego głosie słychać było nutkę żalu. Po chwili do Triny dotarło, co powiedział chłopak, a gdy tak się stało raz jeszcze się rozpłakała, tym razem szukając pocieszenia w jego ramionach. Szlochając jeszcze kilka chwil, wyczerpana dziewczyna, zasnęła w ramionach nadal zmieszanego młodzieńca. W tym samym czasie kapitan się obudził. Przywiązany do krzesła, półnagi siedział w małej izdebce w karczmie. Obok niego leżały trupy jego podwładnych. Obok niego stał stół przykryty białym prześcieradłem, jednak widać było, że coś pod nim się znajdowało, co nie wyglądało zbyt przyjaźnie. Zaczął walczyć, próbując się uwolnić, jednak więzy były dobrze i mocno związane.
[font]I co żeś narobił? - rozległ się cichy i zimny głos za plecami kapitana. - Zabiłeś niewinnego człowieka, chciałeś zgwałcić córkę poległego i zagroziłeś chłopcu i mnie. - powiedział Melichior wychodząc do światła, tak by kapitan mógł zobaczyć jego twarz. - Teraz odpowiesz mi na każde moje pytanie. Jeśli będziesz walczył, ja ciebie złamie. Zakon ma wiele sposobów na wydobywanie informacji, a ja znam je wszystkie. Lepiej współpracuj, bo inaczej czeka nas bardzo długa noc. - to mówiąc to, zabrał prześcieradło ze stołu ukazując wiele przerażająco wyglądających przyrządów przeznaczonych do tortur. [font]Rankiem następnego dnia, Trina jeszcze spała, gdy Melichior i Lune’ar usiedli w przy stole i zaczęli rozmowę.
[font]Ci ludzie przybyli tu po sprawcę zamieszania z Forestvill. Chcieli pozyskać ciebie do armii księcia Lonana. Najwyraźniej ten zbiera ludzi, ale nie mam pojęcia po co.
[font]Mam złe przeczucia co do tego. - powiedział zaniepokojony chłopak.
[font]Ja również. - odpowiedział Melichior. - Musimy jak najszybciej dostać się do Świątyni Luny. Wyruszamy natychmiast.
[font]A co z dziewczyną?
[font]Przykro mi z powodu jej straty, ale nie możemy jej wziąć ze sobą. Spowalniałaby nas.
[font]Ale nie możemy jej też tak tu zostawić. Powinniśmy ją zabrać. - powiedział stanowczo półelf.
[font]Pomyśl chłopcze. Ona zmniejszy nasze szanse na dotarcie tam bez wpadek. Poza tym, jeśli coś się stanie to trzeba będzie jej bronić, a ja nie dam rady bronić ciebie i jej jednocześnie.
[font]Więc broń tylko mnie, ja się zajmę ochroną jej. Poza tym zwróć uwagę, że umiem walczyć. Więc o mnie się martwić nie musisz. - W tym momencie do izby weszła Trina, popatrzyła na mężczyzn siedzących przy stole i spierających się o coś.
[font]Czy coś się stało? - spytała niewinnie.
[font]Wybacz dziecko, ale musimy opuścić to miejsce tak szybko jak możemy. - odpowiedział Melichior. - Żal mi ciebie i twojej straty, ale czas nas nagli.
[font]Chcecie mnie tu zostawić? - przerażona dziewczyna, nie miała pojęcia co teraz by się z nią stało.
[font]On che. - powiedział Lune’ar. Ja nie. Nie mogę ci zwrócić tego co straciłaś, ale nie zostawię cię samą sobie po tym co tu zaszło. Spakuj się szybko i jedziemy. - Melichior nie oponował, ale też nie ukrywał frustracji, spowodowanej nieposłuszeństwem chłopaka, ale to co zobaczył w oczach załamanej dziewczyny sprawił, że zrozumiał motywacje Lune’ara. W oczach kobiety pojawiła się nowa nadzieja, z euforią i nie chcąc spowalniać mężczyzn, Trina spakowała szybko co najważniejsze i ruszyła razem z nimi za granice miasta.

#2

WINCYJ!!!
A tak serio przyjemna lektura i pisz dalej bo jestem ciekawy co dalej