Shigatsu wa Kimi no Uso

Shigatsu wa Kimi no Uso
(Your Lie in April)

Arima Kousei w wieku 12 lat uznawany jest w japońskim świecie muzyki klasycznej za prawdziwe objawienie. Bez problemu wygrywa każdy możliwy konkurs, nie ma sobie równych. Gra na fortepianie z taką dokładnością, że nazywany jest ludzkim metronomem. Wszystko zmienia się, gdy umiera jego matka, a jednocześnie nauczycielka. Od tego czasu nie potrafi usłyszeć własnej gry, nie dotyka fortepianu i żyje monotonnym, nudnym życiem nastolatka.

Taki stan utrzymuje się przez kolejne dwa lata. Kousei nie spodziewa się jednak, że jego dotychczasowe życie już niedługo diametralnie się zmieni. W wyniku przypadku, a także zrządzenia losu, pewnego dnia spotyka on w parku Kaori Miyazono, piękną dziewczynę, która okazuje się skrzypaczką. Ich spotkanie spowoduje, że chłopak będzie musiał zmierzyć się z muzyką jeszcze raz.


Takie oto przyjemne rzeczy będzie nam dane posłuchać w trakcie seansu.

Tak, tak, wiem że tytuł ten był nadawany na przełomie 2014 i 2015 roku. Tak się jednak wtedy działo, że człowiek nie oglądał go na bieżąco. Przyszła tegoroczna sesja, a wiadomo w czasie sesji trzeba się uczyć, więc pochłonąłem 22 odcinki Shigatsu wa Kimi no Uso w ciągu jakichś 3 dni. I nie żałuję, że w trakcie oglądania, seria była już cała wydana. To jeden z takich tytułów, gdzie bardzo ciężko byłoby mi czekać na kolejny odcinek cały tydzień.

Zapytacie dlaczego ciężko byłoby oglądać mi go co tydzień? Tak po prostu jest z tytułami, które mi się podobają. Oglądasz sobie odcinek i od razu chcesz wiedzieć, co stanie się dalej. Do tego anime bierze na tapet muzykę klasyczną, a niektóre konkursy są tak długie, iż trwają ponad jeden odcinek. A komu chciałoby się czekać tydzień na występy wszystkich uczestników?


Nasza kochana Kaori. Pięknie wygląda… ta kreska, prawda?

Na chwilkę wrócę do głównego “problemu” w fabule. Niektórzy narzekają, że nie jest możliwym, by ktoś nie słyszał jedynie swojej gry na fortepianie, a słyszał wszystko inne. Nie jestem zaznajomiony w takich tematach, więc ciężko jest mi stwierdzić, czy w wyniku traumy może powstać taka blokada psychiczna (bo na pewno nie fizyczna). Ale pragnę zauważyć dwie rzeczy. Primo, nawet jeśli to nieprawda, czy stanowi to aż taki problem? Dla mnie nie było to coś, co psułoby mi frajdę z oglądania. Drugie primo, niemożność słyszenia własnej gry została przedstawiona w taki sposób, że jestem w stanie uwierzyć, iż w wyniku określonych przeżyć, taka blokada może istnieć. Zobaczycie o co mi chodzi, jeśli obejrzycie ten tytuł.

Szczerze to zazwyczaj mam problem z pisaniem opinii na temat tytułów, które mi się podobały. Zdecydowanie łatwiej jest opisać multum błędów w tragicznym anime, aniżeli opisać emocje, które towarzyszyły nam w tytule dobrym, bez jego spoilerowania. Ale spróbuję to zrobić (nie zaczyna się zdania od “ale”, pamiętajcie dzieci).


A poniżej napiszę, co sądzę o takich obrazkach…

Jak zawsze trzeba poruszyć temat każdego głównego elementu składającego się na całość anime i zaczniemy sobie od oprawy graficznej. A-1 poradziło sobie naprawdę dobrze. Wszystko utrzymane jest w jasnych, pastelowych barwach, świetnie pasujących do tego typu anime. Projekty postaci to w sumie nic ciekawego, ale są na swoim miejscu i spełniają oczekiwania. Tła są wykonane bardzo ładnie i także nie można się do nich przyczepić w żadnym przypadku. Gra na fortepianie (poruszające się palce wykonawców) jest ukazana dosyć często w CGI, ale nie przeszkadza to zbytnio, bo nie rzuca się strasznie w oczy, a przynajmniej płynnie przedstawione. Dorzućmy do tego interpretację utworów wykonywanych przez postaci. Metaforyczne ukazanie uczuć, które bohaterowie starają się przekazać widowni (i nam) jest wykonane bardzo ciekawie i wprowadza świeżość. Nie oglądamy tylko kolejnych, nudnych ujęć wykonawców, a przykładowo kwitnące drzewo wiśni ze spadającymi płatkami kwiatów.

Występują też momenty, gdzie kreska nie zachwyca i jest uproszczona do granic możliwości. Tak jak w innych tytułach najczęściej takie krzaczki spotykamy przy oddaleniach, cięższych do zanimowania fragmentach, a także tam, gdzie takie niedoskonałości trudniej jest wychwycić, a ułatwiają prace rysownikom. Na szczęście są to raczej sporadyczne przypadki, a oprawa wizualna, suma sumarum, trzyma wysoki poziom i Shigatsu wa Kimi no Uso cieszy oko.


Czyż te tła nie są piękne? W sumie nie tylko tła.

Chyba trochę się rozpisałem, a miało być krótko. Szybciutko o muzyce. Sam OST jest jakoby podzielony na dwie części, zwykła, animcowa muzyka przy scenach codziennych, oraz utwory klasyczne wykonywane przez postaci m.in. na konkursach. Obie te części wyszły znakomicie. Nigdy nie słuchałem zbyt dużo muzyki klasycznej, choć też nigdy jej nie odrzucałem. Zawsze znajdowało się coś innego do słuchania. Lecz po obejrzeniu Shigatsu wa Kimi no Uso jak najszybciej załatwiłem sobie utwory klasyczne występujące w tym anime i już od jakiegoś czasu wychodząc z domu, na moich słuchawkach gra Chopin czy Beethoven. Interpretacja utworów granych przez postaci w tym anime bardzo przypadła mi do gustu. A zwykła muzyka spełniała swoją rolę także znakomicie, potęgując emocje, które były ukazywane na ekranie. Większość z tych utworów to kawałki nostalgiczne i spokojne. Oczywiście są też utwory trochę bardziej ruchliwe i mocne. Wszystko zamknęło się w ładną całość.

Teoretycznie patrząc na Your Lie in April możemy powiedzieć, że mieliśmy czwórkę głównych bohaterów, bo była tam też dwójka przyjaciół Arimy, Watari oraz Tsubaki. Teoretycznie, gdyż rozwinięcie ich wątków nie było zbyt bogate, a szczególnie ucierpiał w tym Watari. Charakteryzował się w sumie jedną rzeczą, i to wszystko. Nic więcej, nic mniej. Co do Tsubaki było już zdecydowanie lepiej, ale też niezbyt dobrze. Na szczęście dwójka prawdziwie głównych bohaterów, czyli Kousei i Kaori, otrzymało wystarczająco dużo czasu, by być postaciami pełnymi, którym naprawdę niczego nie brakowało. Przewinęło się też wiele innych postaci, które miały wpływ na bohaterów i rozwój fabuły. Ogólnie ten aspekt można uznać za całkiem udany.


CGI w takich scenach nie przeszkadza aż tak bardzo. Chyba że ktoś ma prawdziwe uczulenie.

Shigatsu wa Kimi no Uso to emocjonalny rollercoaster. Gdyby nie komediowe gagi wtrącane dosyć często, byłaby to naprawdę ciężka do przegryzienia historia. Ciężka w kwestii klimatu. Śmiesznych scen było dosyć sporo i były raczej standardowe, więc mogą niektóre osoby odstraszyć. Do tego przedramatyzowanie, którego nie neguję, bo było zdecydowanie widoczne. Nie przeszkadzało mi jednak, ponieważ wciągnąłem się w tę historię. Historię chłopaka, który dzięki nowo poznanej dziewczynie stara się przezwyciężyć swoją traumę. Stara się wrócić do czegoś, dla czego poświęcił całe swoje dzieciństwo.

Czy polecam tę serię?

Zdecydowanie tak, a powody wymieniłem już powyżej. Co do oceny, zastanawiam się ciągle między 8, a 9, co w moich kategoriach oceniania jest naprawdę bardzo wysoką oceną. Kiedy wkręciłem się w historię, oglądałem odcinek po odcinku, pomimo że nie miałem na to czasu. Chciałem wiedzieć jak to wszystko się skończy. Co się stanie z głównymi bohaterami…

Tl;dr

Jeśli lubicie muzykę klasyczną, wydaje mi się, że polubicie też Shigatsu wa Kimi no Uso. Chcecie się wzruszyć i wyruszyć w niesamowitą podróż, w której Kousei Arima stara się przezwyciężyć swoją traumę po śmierci matki? Chcecie poznać piękną i utalentowaną skrzypaczkę Kaori Miyazono, która nada życiu chłopaka nowe barwy? Chcecie przy ładnej oprawie graficznej i w towarzystwie muzyki klasycznej przeżyć niesamowitą historię? Historię tragiczną, a zarazem szczęśliwą? Poważną, a zarazem momentami śmieszną? Okraszoną szczyptą romansu?

Polecam Shigatsu wa Kimi no Uso z całego serca. Świetna historia z ciekawą dwójką głównych bohaterów, ładną kreską, muzyką klasyczną w tle, dramatem, komedią i romansem. Gwarantuję, że większości z Was “spocą się” oczy.