Xanesia: Niekończący się mrok.

Wstęp

“Mrok otaczający ten świat, nigdy nie zostanie splamiony dobrem. A cierpienie, smutek i zło zatriumfują i pochłoną wszystko!”

            Świat tyranii, bólu i cierpienia to idealne odbicie Xanesi, krainy pełnej zła i mroku. Sam świat chcąc się bronić przed zniszczeniem uodpornił się na kontakt z każdą istotą chodzącą po świecie. Wytworzył w sobie mechanizmy obronne dzięki, którym nie zostanie bardziej spaczony, wszystko co kiedyś mogło zostać wykorzystane przez ludzi i inne rasy do życia stało się śmiertelnie niebezpieczne, wręcz budziło postrach. Jest to kraina, która charakteryzuje się mrokiem. Nie można ujrzeć tam zbyt wielu barw. Rośliny, które tu rosną są trujące lub ich mechanizmy obronne uniemożliwiają zbliżanie się do nich. Rzeki, jeziora, morza czy oceany są mroczne i brudne od zanieczyszczeń uniemożliwiając korzystanie z nich, co za tym idzie woda jest czymś bardzo cennym w tym świecie. Zwierzęta, owady czy też pasożyty nauczyły się jak przetrwać oraz jak czerpać największe korzyści z przyrody. Nawet te stworzenia wyglądające niewinnie i bezbronnie są zdolne do zabicia każdego mieszkańca Xanesi, to właśnie one jakie pierwsze zostały splamione złem tego świata. W krainie tej żyją niezliczone rasy humanoidów, można tu spotkać: centaury, enty, ludzi, elfy, reptyliony, ifryty oraz setki innych ras.

Władcą tej krainy jest człowiek, despota którego jedynym celem w życiu jest szerzenie śmierci oraz cierpienie miliardom istnień. Swoje mroczne i niegodziwe cele oraz plany powierzył swojemu synowi, który jak ojciec jest splamiony złem. Wszystkie istoty mrocznego i upadłego świata ulegają tyranii swojego oprawcy, bojąc się przeciwstawić. Większość żyjących istot na świecie została pożarta i zdeformowana przez niegodziwość swego władcy.
Królestwem tego świata jest miasto Xanesia. To właśnie w tym mieście zrodziło się największe zło tego świata i właśnie w nim obecny władca przeprowadził największy i najmroczniejszy eksperyment. W miejscu tym, które niejednemu przypominałoby ostoje spokoju panuje największa korupcja. Ludzie, którzy nie potrafią bronić się przed zniewoleniem i trudnościami tego świata chowają się w cieniach swoich domów. Głód, choroby, mutacje i spaczenia to codzienność dla ludności tego miasta.
Król, który powinien pomagać poddanym swojego królestwa nakłada na nich coraz większe podatki, kary. Niejedna osoba została zamordowana, zgwałcona czy pobita bez powodu. Wśród chaosu i nieszczęść jakie spotykają wszystkich nie pojawia się nikt, kto chciałby aby ten świat się zmienił. Każdy szary i zniszczony osobnik tego świata, boi się zrobić krok dzięki któremu uda się wyzwolić ten świat od tyranii i ucisku.
W tym mrocznym świecie, kiedyś narodzi się nadzieją, która sprawi, że to co niemożliwe i zakazane stanie sie możliwe, a świat, który do tej pory znamy przestanie istnieć. Choć może to tylko legenda opowiadana dzieciom aby uspokoić ich płacz by mogły zasnąć i oddać się ukojeniu. A może to tylko początek niesamowitej historii, która sprawi, że najokrutniejsza tyrania zostanie obalona…

Misja i jej znaczenie.

Każdej nocy słychać w Xanesi krzyki rozpaczy, ktoś kogoś zabija, ktoś kogoś gwałci. Rozbite szkło, palące się domy czy też zapach truchła to codzienność dla Erlaxa. Wychował się w tym mieście, nigdy nie zaznał niczego innego oprócz smrodu rozkładających się ciał. Syn króla nie musiał nigdzie podróżować, w końcu to do niego wszyscy przychodzili prosząc o łaskę i pomoc, której nigdy nie udzielił. Ojciec, król Zarxar od narodzin swojego syna, a nawet lata wcześniej nigdy nie pomógł ani nie ulitował się nad żadną istotą żyjącą w swoim królestwie. Despotyczne rządy, które niejeden nazwałby tyranią sprawiły, że całe królestwo pogrążyło się w rozpaczy. Jedyny mag, który mógłby zrobić coś dobrego w tym świecie, używał swoich mocy do władania poddanymi. Król, który rządzi silną ręką chełpi sie swoim sukcesem, marzy on bowiem o zniszczeniu świata i doprowadzeniu do upadku wszystkiego co żywe na tym świecie. Erlax nigdy nie rozumiał ojca, zawsze akceptował jego decyzję bo nigdy nikt ich nie kwestionował. Nie wiedział czym jest zło lub czym jest dobro nie poznał różnicy między nimi, jedyne co zaznał to cierpienie jakie wyrządzał mu ojciec. Nauczył się, że karą za nieposłuszeństwo jest szereg brutalnych tortur. Ojciec okazywał mu litość tylko z jednego powodu, był jego jedynym spadkobiercą. Nie mógł go zabić bo straciłby jedynego następcę, a wiedział, że niedługo może umrzeć bowiem nikt nie jest nieśmiertelny, jeszcze. Władca od zawsze wmawiał mu, że jedyną karą za nieposłuszeństwo swoich poddanych jest śmierć. Od lat przygotowywany przez setki najemników, generałów oraz innych specjalistów szkolił się aby spełnić wole swojego twórcy, aż nadszedł dzień w którym otrzymał jeden z najgorszych możliwych rozkazów. Erlax wykonywał posłusznie polecenie ojca, od kilku tygodni podróżował z wojskiem po królestwie mordując po drodze wszystkie żywe istoty. Nie potrzebował powodu aby krzywdzić innych, skoro były to jedyne cechy świata jakie poznał. Większość istot bała się go, ponieważ był odmieńcem. Nie był istotą z tego świata, przypominał bardziej demona, kogoś kto zniszczy doszczętnie wszystko co spotka na swojej drodze. Otacza go silna aura mroku, zniszczenia oraz niegodziwości. Jego ciało jest pokryte licznymi łuskami mieniącymi sie czerwienią i czernią. Elfie rysy twarzy oraz szpiczaste uszy były oświetlone przez jarzące się błękitem włosy, które płonęły jak u Ifryta podkreślając jego wyjątkowość. Lekki zarost mówił wiele o jego obecnym wieku. Jego oczy wyróżniały się czernią, w środku której znajdowały się dwie krwisto czerwone kreski otoczone żółtą poświatą, były to smocze oczy, rzadkość wśród ras zamieszkujących Xanesie. Dar smoczego wzroku spotykał tylko wybranych i jak głosi legenda, bohater o wzroku skrzydlatych demonów zmieni świat. Swoim umięśnieniem mógłby przewyższyć niejednego rosłego mężczyznę, lata niekończących się treningów i szkoleń przez największych generałów sprawiły, że jako jeden z nielicznych wojowników mógłby sam pokonywać dziesiątki wrogów. Był oburęczny, co zawdzięczał swojej zadziwiającej zręczności oraz ciężkiemu treningowi. Uwielbiał walczyć, tylko podczas walki odnajdywał w sobie spokój i tylko ona sprawiała, że się uśmiechał. Szpiczaste, ostre jak żyletki zęby tworzyły majestatyczny uśmiech seryjnego mordercy, który nieraz był zalewany krwią swoich ofiar. Rozkaz jaki otrzymał od Króla nakazywał mu podróż po królestwie i wybijanie wszystkich dwudziestu dziewięciu wiosek, aż do spalonej i opustoszałej wsi Armantora. Nie przejmując się ilością ofiar jechał od miasta do miasta zabijając niczemu niewinne istoty. Podróżowała z nim grupka żołnierzy, wśród nich jego najlepszy jak mniemał przyjaciel Artingan krwawy elf, który od dziecka towarzyszył mu w treningach oraz był jego rywalem.

Elficka kultura zawsze ciekawiła niebieskowłosego, nie rozumiał dlaczego tak delikatnie wyglądająca rasa była tak brutalna podczas walki.
Wszystkie Elfy w Xanesi były zmuszane do stania się wojownikami, nie było na świecie nawet jednego, który nie miałby na rękach krwi niewinnych. Od narodzin byli szkoleni na krwawe i bezlitosne istoty, słabsze jednostki były albo zabijane albo wykorzystywane do eksperymentów alchemików króla. Artingan był jednym z ocalałych krwawych elfów, różnił się od swoich braci wyglądem i zdolnościami walki wręcz. Jasne popielate długie włosy obijały się o jego plecy, gdy jechał na czarnym koniu, którego pancerz był równie błyszczący jak spojrzenie elfa. Czerwone oczy, które błyszczały w ciemności były efektem jednego z nieudanych eksperymentów władcy na przyjacielu swojego potomka. Twarz zakrywał mu szal, wstydził się swoich blizn które pokrywały ponad dziewięćdziesiąt procent jego twarzy. Skórę miał trupiobladą, stąd jego przydomek Ghoul, był to wynik nieustannego przebywania w podziemiach, gdzie szkolono go na zabójcę. Podróżując razem często dyskutowali na temat nowych metod zabijania, trucizn jakich stosują czy też jak usprawnić swoje ciało by było bardziej zabójcze. Jak większość wojowników nosili ubrania z symbolem czaszki demona, była to sygnatura króla oraz znak, że pochodzą z elitarnej jednostki. Nie nosili jak większość z ich przybocznych pancerzy, które ograniczały ich ruchy i spowalniały w trakcie walki. Korzystali tylko z skórzanych karwaszy i wysokich ciężkich butów. Na tle małego ciężkozbrojnego oddziału wyglądali dosyć niepozornie choć ta dwójka zabiłaby ich w ciągu kilku sekund. Smocze oczy widziały w ciemnościach wszystko równie wyraźnie jak w dzień, co dawało przewagę Erlaxowi mógł on obserwować swoich kompanów w trakcie odpoczynku każdego wieczora. Jego włosy były jego przekleństwem, zdradzały jego pozycję wrogom dlatego często w nocy czuwał, bał się zasnąć ponieważ ktoś mógłby skrócić go o głowę. Wśród zabójców panował zwyczaj, ten kto zabije kogoś z rodziny królewskiej ma prawo do przejęcia jego dóbr. Najlepszy przyjaciel może okazać się największym wrogiem, dlatego pozostawał zawsze czujny. Spał spokojnie tylko w swojej komnacie, gdzie było pełno ukrytych niespodzianek dla nieproszonych gości. Teraz patrzył w niebo i rozmyślał nad sensem swojej misji, nie widział sensu mordowania tylu osób, zastanawiał się co uczynili, że ojciec chciał się ich pozbyć. Tak o to minęła kolejna noc, a cel pozostał taki sam. Gdy dotarli do ostatniej wioski na swojej drodze zobaczyli tłum uzbrojony w kije, pałki, widły, kosy i coś co można nazwać bronią. Na ich widok ostre jak brzytwy zęby nakreśliły szeroki uśmiech. Na rozkaz niebieskowłosego oddział stanął, a on sam wyszedł na przeciw zgromadzonym wieśniakom. Walcząc z nimi chciał dać upust swojej wściekłości, to była ostatnia okazja aby się wyżyć. Po kilku krokach usłyszał za sobą krzyk.

  • Stój ! A broń? Dlaczego znowu chcesz zmarnować tyle czasu ! - Krzyknął za nim Artingan.
    Odwrócił głowę w jego stronę, uśmiechnął się szeroko i patrząc mu w czerwone oczy odrzekł spokojnym i głębokim głosem:

  • Tylko głupiec walczyłby z grają wieśniaków nieuzbrojony, nie martw się o mnie moja głowa pozostanie na swoim miejscu do czasu, aż odważysz się po nią sięgnąć.
    Po tych słowach włożył na dłonie specjalne karwasze zakończone rękawicami z których sterczały setki małych niczym igły kolców. Elf patrzył na niego z skrzywioną miną ściskając w dłoni sztylet, którym najchętniej skróciłby go o głowę. Płomienie włosów mieszańca oświetlały mu drogę jasnym błękitnym światłem, wieśniacy na widok ich oprawcy ściskali nerwowo bronie. Kilka sekund i zaczęła się krwawa rzeź. Kilku wieśniaków rzuciło się na młodego wojownika próbując zadać mu cios lub dźgając na ślepo. Niestety dla nich, młodzieniec był szybki, zbyt szybki dla niedoświadczonych wojowników. Kilka uderzeń pięściami to w głowę, to w klatkę piersiową, to w nogi powaliło cała grupę w mgnieniu oka. Krzyki bólu zagłuszał śmiech szaleńca, który ruszył w stronę reszty wieśniaków.
    Wbiegł w nich niczym gepard goniący swoją ofiarę, rzucił się w tłum i jedyne co można było dostrzec to strugi krwi zlewające się z ciał tworząc bagno z błota i czerwonej cieczy. Żołnierze oglądający tą scenę wyglądali jakby zobaczyli demona we własnej osobie, niektórzy nerwowo zaciskali strzemiona chcąc uciec w przerażeniu przed demonim księciem. Gdy wszystkie krzyki ucichły, a na polu walki pozostała już tylko jedna postać, przesiąknięta krwią było już wiadome, że misja dobiegła końca. Nim jednak ruszą w podróż do domu, musieli przeszukać cała wioskę czy nie kryją się tam niedobitki. Z rozkazu jaki wydał Erlax wynikało, że sam zajmie się wszystkim. Przeszukiwał chatkę po chatce, aż natknął się na starą postać. Był to Ent przywódca wioski, którą wyrżnął w pień. Stary, drzewiec rzekł do niego: - Przed śmiercią chciałbym aby ktoś poznał pewną historię, świat nie może o niej zapomnieć! Nie ma lepszego powiernika tej tajemnicy niż następca króla. Zechcesz wysłuchać opowieści starego mędrca, którego zabijesz ? Zmęczony wojownik z szacunku jaki czuł do tak starej i majestatycznej istoty pozwolił mu na to skinieniem głowy. - Niecałą stajnie dalej znajduje się spalona wioska, nosi ona nazwę Armantora. Była ona niegdyś magicznym miejscem pełnym spokojnych ludzi. Było to zanim świat przemienił się w tak mroczny. Mieszkańcy tej wioski byli spokojni, mili i nieskorumpowani, cóż za ironia nie sądzisz? Obecnie nie ma już takich istot, a jednak kiedyś żyły. Yghh… - Cicho jęknął bo poczuł na sobie dotyk reki Erlaxa. - Pośpiesz się staruszku, czas nas goni! - Warknął wściekle niebieskowłosy.

  • Eh… Spokojnie młodzieńcze, to długa historia. Żyła tam pewna kobieta, czarownica, która przygarniała sieroty z ulicy i dawała im dach nad głową. Przygarnęła ona chłopca, który był strasznie wychudzony i zmęczony. Zajęła się nim i opiekowała. Niestety mieszkańcy wioski wiedzieli, że posługuje się magią, która była zakazana. Z tego powodu strasznie cierpiała, chcąc chronić chłopca przed prześladowaniem przyjmowała wszystkie nieszczęścia na siebie. Chłopiec nie rozumiał dlaczego ludzie tak ich nienawidzą, próbował ratować swoją przybraną matkę. Niestety bezskutecznie, ludzie złapali go i wrzucili do katakumb na wieczne zapomnienie. Cóż, nikt nie wie co stało się z tym chłopcem, słuch po nim zaginął. Natomiast matkę chłopca zabito, spalono ją na stosie. Nie udowodniono jej jednak, że jest wiedźmą, bowiem każda wiedźma posiada księgę czarów. Demony zostawiły ich kilka na tym świecie, wszystkie zniszczono oprócz jednej. Wiedźma ukryła ją gdzieś przed śmiercią. Jak wiesz król jest jedynym magiem, nikt inny nie potrafi używać czarów. Nie uważasz, że to dziwne? - Spytał niepewnym głosem starzec.
    W tym momencie przez okno do chatki wleciał długi sztylet zakończony rękojeścią w kształcie smoka.

  • Aghr !!! - Jęknął głośno Ent po czym skonał.
    Erlax odwrócił się gotów zabić przeciwnika jednak ujrzał przed sobą czerwony szal.
    -Dlaczego to zrobiłeś !!! To była moja ostatnia ofiara ! Aaaa!!! - Krzyknął pełen gniewu i zaczął rozwalać meble znajdujące się w chatce.

  • Za dużo gadał, a nas goni czas. Dlaczego nie zabiłeś go od razu ? - Spytał spokojnym głosem.

  • Nie wiem, nie chciałem tak szybko kończyć zabawy! - Gniewny głos wydobył się z jego ust.

  • Powinniśmy już ruszać, spalmy tą wioskę i wróćmy w końcu do zamku.

Po tych słowach oboje wyszli z chaty, reszta budynków już płonęła. Gdy tylko ją podpalili wsiedli na konie i ruszyli w stronę Xanesi. - Król nie będzie zadowolony, że zajęło to nam ponad tydzień. Powinniśmy się bardziej śpieszyć! - Skarcił się w myślach, po czym ruszył szybciej w stronę zamku.

  • O czym mówił ten stary Ent, przecież to niemożliwe… - Urwał myśl, gdy usłyszał szelest strzały mijającej jego policzek.
    Rozglądnął się nerwowo i ujrzał dziwną postać. Niska jak na mężczyznę postać, odziana w skórzaną zbroje. Mocno owłosiona z odstającymi uszami. Przypominała tylko jedno stworzenie, które zamieszkuje te ziemie i nie podlega rządom króla. - Kobolt! - Krzyknął. Po czym wyjął nóż do rzucania i chciał wycelować w cel. Zanim jednak udało mu się to zrobić przeciwnik zniknął.

  • Gdzie on jest? - Spytał nerwowo towarzyszy.

  • Zniknął tak szybko jak się pojawił - Odpowiedział, któryś z żołnierzy.

Po kilku sekundach ruszyli w dalszą drogę czujni jak nigdy wcześniej. Droga do zamku była długa, a niebezpieczeństwa, których oczekiwali nie nadeszły. Dojeżdżając do zamku ujrzeli to co mogli nazwać domem. Czarne mury zamku, przypominały obsydianowe bloki skalne. Na ich szczycie stały setki żołnierzy uzbrojonych w ciężkie kusze, które mierzyły nawet do syna króla. Gdy przekroczyli mury zamku, ujrzeli wielką fortecę równie czarną co mury zamku. Wydrążony w szczycie góry pałac był zniewalającym widokiem, który szybko przeradzał się w koszmar. Głowy nabite na pale, ciała ofiar powieszone na wieżach zamkowych czy kruki wyjadające oczy z truchła poległych mieszkańców miasta. To nie jest miłe i spokojne miejsce, do którego chciałby trafić ktokolwiek z królestwa Xanesi, tylko nieliczni wracali stamtąd żywi. Król nie pozwalał opuszczać zamku nikomu z poddanych, chyba że wydał rozkaz wybicia jakiejś wsi lub zdobycia potrzebnych mu surowców do swoich eksperymentów. Strach i pogarda do ludzkiego życia biła z tego miejsca z taką siła, że w promieniu kilku kilometrów wokół zamku nie rosła żadna roślina, a spotkanie jakiegoś zwierzęcia oprócz kruków graniczyło z cudem. - Nareszcie w domu ! - Krzyknął krwawy elf, a jego oczy zabłyszczały czerwienią. - Pora wrócić do swoich komnat i odpocząć, zameldujesz królowi, że misja została wykonana? - Spytał niepewnym głosem.

  • Ktoś musi to zrobić. - Zażartował. - Powiem ojcu, że potrzebowałeś pomocy medyka, jeśli nie uwierzy to będziesz mieć nie lada kłopoty. - Odrzekł poirytowany zachowaniem swojego towarzysza.

W tym miejscu ich drogi się rozeszły, on ruszył do komnaty króla by pomówić z ojcem. W tym momencie przypomniał sobie historię, o której opowiedział mu Ent. Księga zaklęć, księga zaklęć powtarzał nerwowo pod nosem. -Tak! - Krzyknął głośno przekraczając próg komnat króla. Opanował się szybko i podszedł bliżej do ojca.

  • Królu, powróciłem z mej misji. Wioski, które sprawiały kłopoty zostały unicestwione i spalone.
    Czy jest coś jeszcze co mogę dla Ciebie zrobić? - Spytał nerwowo wiedząc jaka kara czeka tych ,którzy są nieposłuszni.

  • Dziękuję za raport, na dzisiaj to wszystko. Udaj się do swoich komnat, a za dwie godziny zejdź na dół na ćwiczenia. Przebierz się w czyste szaty, wyglądasz jak jakiś wieśniak ! - Rozkazał.

Młodzieniec skinął głową, odwrócił się powoli i ruszył w stronę wyjścia.
Popatrzył na siebie i ujrzał jak bardzo przesiąknięty jest krwią. Mijając sale tronową zignorował rozkaz ojca i udał się do biblioteki. Niestety była ona zamknięta, a jedyną osoba która mogła ją otworzyć był sam król. Wyciągnął sztylet z kieszeni i powoli ale zdecydowanie zabrał się za otwieranie drzwi. Poczuł silne ukucie w dłoń i naglę upadł na ziemię. - Pułapki - Pomyślał zaciskając nerwowo dłoń. - Jak mogłem być tak głupi ! Wrócę tu później, czas ucieka! - Po czym ruszył w stronę swojej komnaty.

Gdy tylko dotarł do swojej komnaty, ściągnął przemoczone krwią szaty, które natychmiast wrzucił do kominka.

  • Truchła wszystkich tych ludzi spłonęły, więc niech ich krew również odnajdzie ukojenie w ogniu.
  • Powiedział to głosem pełnym szacunku nie do ludzi których zamordował, lecz do misji którą mu powierzono.

Następnie wziął gorącą kąpiel, woda gdy tylko dotykała jego głowy parowała, nie sprawiała mu ona bólu lecz otumaniała. Czuł się jakby coś go ograniczało, dlatego podczas deszczu stawał się gorszym wojownikiem.
To jedyna wada jego ciała, której nie mógł w żaden sposób zmienić. Na jego ciele widniało wiele blizn, miejsca pokryte łuskami były nietknięte lecz tam gdzie ich brakowało długie i ciemne szramy były doskonale widoczne. Większość z nich to pamiątka po torturach jakie zgotował mu jego opiekun, miały go nauczyć szacunku i posłuszeństwa. Niestety był on upartym i nieposłusznym dzieckiem, które większość wolnego czasu spędzało na sali tortur lub trenując by nie zawieźć oczekiwań swego pana. Erlax gdy był młodszy próbował odkryć dlaczego jest taki wyjątkowy, czemu nie ma nikogo kto przypominałby go choćby odrobinę. Bał się, że nie jest stworzeniem z tego świata, a w strachu przed ojcem nigdy go nie spytał. Gdy skończył osiemnaście lat przeszedł przez rytuał krwi, który polegał na pokonaniu setki wojowników. Miało to pokazać, że jest godny miana zabójcy oraz miana syna króla. Było to jedno z najtrudniejszych wyzwań jego życia, do którego przygotowywał się od narodzin. Walczył z wieloma wyjątkowymi wojownikami choć kilku było wartych zapamiętania : Tytan z gór niebieskich, walczący mieczem w kształcie błyskawicy, jego ciało było twarde jak kamień, a mięśnie wyrzeźbione jak w kamieniu; Centaur, który w ciężkiej zbroi i z młotem bojowym poruszał się szybciej niż nie jeden rumak z stajni królewskich; Amazonka z miasta orków, potrafiąca trafić latającą muchę w skrzydła swoimi strzałami, posługiwała się łukiem lepiej niż ktokolwiek w królestwie; Wampirzyca z katakumb królewskich, była to jedna z najpotężniejszych istot jaką kiedykolwiek spotkał, posługiwała się sztyletami lepiej niż mistrzowie z gildii zabójców, otumaniała przeciwników różnymi pyłami oraz miksturami. Wspominał często jedyną osobę, której życie oszczędził podczas rytuału, ostatnią wojowniczkę, którą musiał pokonać aby zyskać szacunek króla. Była to Diana, mistrzyni włóczni, gracja z jaką posługiwała się swoją bronią przypominała taniec godowy ptaków. Dosłownie tańczyła przy przeciwniku zasypując go gradem pchnięć i uderzeń. To dzięki niej jego ramiona i nogi są ozdobione długimi bliznami. Ja jako jedyną pozostawił przy życiu z szacunku do tego jak bardzo mu zaimponowała. Zastanawiał się często gdzie się podziała, czy król pozwolił jej żyć czy może zginęła w okropnych męczarniach. Minęły dwie godziny, które miał poświęcić na odpoczynek i przygotowanie do treningu, dzisiaj miał uczyć się rozróżniać trucizny oraz jakie antidotum stosować, gdy ktoś je nam poda. Dla zabójcy to ważna, wręcz kluczowa lekcja na którą nie miał zupełnie ochoty. Jedyne o czym myślał to jak dostać się do biblioteki, jak otworzyć ten przeklęty zamek chroniony przez…

  • Magię! - Wypowiedział mimowolnie. - To musi być magia, jak inaczej to wytłumaczyć! - Mamrotał pod nosem mieszając kolejne eliksiry.

Brak skupienia na swoim obecnym zadaniu spowodował, że otrzymał kilka batów od mistrza uznał on bowiem, że uczeń gardzi lekcją, której mu udziela.
Nie zwracając uwagi na przenikliwe pieczenie pleców dalej rozmyślał jak może dostać się do pomieszczenia, które może skrywać prawdę. Postanowił spróbować jeszcze raz o północy, gdy ochrona w zamku jest mniejsza, a wartowników łatwiej oszukać. Po skończonej lekcji udał się na spotkanie z przywódcą gildii zabójców. Musiał powiedzieć mu o tajemniczej osobie, która próbowała go zabić.

Wchodząc do podziemi jak zwykle zachwycił się zielonymi płomieniami oświetlającymi korytarz, to jedyne miejsce w którym kiedykolwiek je widział. Paliły się one nieustanie, nigdy nie gasły nawet gdy zalano je wodą. Był to podarunek króla dla zabójców, który jak mniemał miał pokazać, że tylko on ma prawo kontrolowania ich. Wchodząc do głównej sali, zauważył znajomy czerwony szal.

  • Król nic nie podejrzewał, wręcz zapomniał o Tobie przyjacielu. - Rzekł spokojnie podchodząc do niego niczym pantera do swojej ofiary.

  • Dalej nie potrafisz się skradać przyjacielu, król pamięta tylko o tym żeby zabić wszystkich niewiernych poddanych. Chcesz zameldować Azirianowi o tym kobolcie? - Spytał jakby od początku znał zamiary Erlaxa.

  • Niestety król dalej zmusza mnie do treningów, tak chciałbym opowiedzieć mu o naszej misji oraz spytać czy nie wie gdzie mogę znaleźć tą przebiegłą istotę! - Odpowiedział z pogardą w głosie.

  • Mistrz udał się do sali jadalnej, powiedział, że jeden z szlachetnie urodzonych musi zginąć z rozkazu króla. Jeśli się pośpieszysz możesz go złapać.

Słysząc to odwrócił się i ujrzał mroczną postać, otuloną kapturem i ciemnym płaszczem. Aura w pomieszczeniu zmieniła się tak gwałtownie, że stojący tyłem Elf złapał sztylety w dłonie. Do sali wszedł Azirian przywódca zabójców, który emanował siła i rządzą krwi. Tylko on miał przywilej bezpośredniej rozmowy z królem bez tytułowania go i tylko jemu władca powierzał wszystkie swoje sekrety.

  • Erlax idziesz ze mną! - Rzucił polecenie. - Mamy misję do wykonania, a Zarxar chce sprawdzić czy nauczyłeś się czegoś na zajęciach.

  • Tak jest mistrzu ! - Odrzekł, a jego głos był dziwnie zniekształcony, jakby panikował.

  • Cholera! Nie pamiętam nic z dzisiejszej lekcji! Co tu robić! - Panikował bojąc się konsekwencji jakie przyniesie mu brak skupienia.

Zakapturzona postać ruszyła do wyjścia, a jasna niebieska poświata podążyła za nim, Erlax potykając się o własne nogi dotarł powoli do sali jadalnej.

  • Wiem, że to dla Ciebie pierwsze takie zlecenie i że wolałbyś abym to ja zabił cel ale musisz to zrobić. Trzymaj. - Wręczył młodzieńcowi fiolkę. - Twój cel to hrabia Emerland, grubas wcina właśnie swoją ostatnią pieczeń. Wlej mu zawartość tej fiolki do wina, jest to wyciąg z korzenia elgzangu. Wiesz co się stanie, gdy się go wypije? - Spytał oczekując szybkiej odpowiedzi.

  • Osoba zacznie się dusić tak jakby się zadławiła, po tej truciźnie nie ma śladów nawet przy dokładnych badaniach ofiary. Jest to bardzo rzadka roślina, a jedną fiolkę trucizny otrzymuje się z ponad stu korzeni. Czy warto marnować tak dobrą truciznę na kogoś tak bezwartościowego? - Spytał z demonim uśmiechem.

  • Nie warto. Król jednak postanowił, że w ten sposób ma zginąć ta osoba, a jego rozkazów nie można kwestionować. Ruszaj! - Wydał polecenie.

Przerażony chłopiec ruszył aby dokonać morderstwa, po drodze zastanawiał się po co zabijać kogoś takiego, przecież on zawsze ulegał królowi i robił co mu kazał. Mijał kolejne stoły, aż usiadł obok swojego celu. Rozejrzał się niepewnie i przeklął pod nosem.
Ten niedorajda nie pije wina! - pomyślał zaciskając pięści coraz mocniej.
Usiadł obok niego, podniósł rękę na znak aby służba podała mu kufel, palcem wskazując obok siedzącego mężczyznę. Zdziwiony hrabia uśmiechnął się, nie wypadało mu odmówić synowi króla poczęstunku winem. Po chwili na stole stał talerz z strawą oraz dwa puste kufle. Odwracając jego uwagę wlał do jednego kufla zawartość fiolki, a następnie dolał wina. Wręczył kufel towarzyszowi i szybko wychylił własny. W tym momencie na sali, słychać było donośny pisk nieświadomej służącej, która przyniosła im poczęstunek. Hrabia dusząc się, łapczywie łapał powietrze, wymachiwał rękami jakby chciał je uchwycić. Uśmiech na twarzy Aziriana można było dostrzec z drugiego końca sali. Po chwili krzyk ucichł, a Erlax zjadł podaną mu strawę, wstał i podszedł do swojego mistrza.

  • Zadanie wykonane. Cel został unieszkodliwiony, czy jestem już wolny? - Spytał pewny, że to koniec tego żmudnego dnia i będzie mógł w końcu spróbować osiągnąć swój własny cel.

  • Król chce abyś udał się ze mną do sali tronowej. Spotyka się tam z generałami chcąc opracować strategię. Krążą pogłoski, że wybuchła rebelia. - Odpowiedział pełnym powagi głosem.
    Rebelia? Jak to! Przecież nikt nigdy nie ośmieliłby się przeciwstawić królowi! - Pomyślał wściekły, że musi marnować czas na jakieś spotkania.

  • Ruszajmy, nie traćmy czasu na oglądanie kolejnego nic nie znaczącego truchła. - Mówiąc to odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Mijając salę za salą dotarli do sali tronowej na przeciwko, której znajdowała się biblioteka. Mimowolnie spojrzał na drzwi, a wyraz jego twarzy gwałtownie się zmienił. Mroczna postać dostrzegła to, złapała go za ramię i przycisnęła do ściany.

  • Co ty kombinujesz!? - Krzyknął przerażająco poważnym głosem.

  • Ja, ja… - Zadukał cicho. - Chce zobaczyć co jest w środku, nigdy tam nie byłem! - Wykrzyczał głosem pełnym paniki.

  • Król nikogo tam nie wpuszcza, nawet ja nie mam tam wstępu. Chyba nie chcesz narobić sobie kolejnych kłopotów? Doskonale wiedziałem, że nie potrafiłbyś dobrać trucizny aby wykonać misję, gdyby nie moja pomoc znowu zostałbyś zamknięty w katakumbach! - Odrzekł z troską w głosie. - Tylko ja się o ciebie troszczę, pamiętaj o tym chłopcze !

  • Rozumiem mistrzu, nie zrobię nic głupiego. Obiecuję! - Odpowiedział z smutkiem w glosie, wiedział jednak, że nie dotrzyma tej obietnicy. Nigdy w swoim życiu nie musiał ich dotrzymywać, więc teraz też tego nie zrobi.

Ręka trzymająca jego ramie pociągnęła go za sobą w stronę sali tronowej. Przy stole siedziało pięciu generałów oraz król. Gdy wszyscy zebrani usiedli na swoich miejscach król rozpoczął obrady w sprawie rebelii.

  • Na południu nasze oddziały zostały wybite przez nieznanych oprawców, podejrzewamy że to rebelia! - Rzekł jeden z generałów odpowiadający za tamte tereny.

W sali zrobiło się cicho, zbyt cicho nawet jak na odizolowane od świata pomieszczenie. Po chwili ciszę przerwał głośny huk, strużka dymu i skwierczenie ciała martwego dowodzącego wypełniło sale niczym echo.

  • Eh, kolejny nieudacznik przez, którego mieliśmy same problemy zginął. -wymamrotał cicho Azirian.

  • Co zrobimy z pogłoskami o rebelii mój panie? - Spytał niepewnym głosem Erminian, generał dowodzący wojskiem w zamku.

  • Nic, to tylko pogłoski. Nie ma świadków, że ktokolwiek zabił nasze oddziały. Prawdopodobnie dowodzący nimi generał chciał wszcząć bunt, a oni się z nim zgodzili i postanowili mu pomóc. Zginął aby nie mieli nadziei, że ta farsa mi umknie. Nawet jeśli nie był odpowiedzialny za stratę tego oddziału, to poniósł karę za swoją porażkę. Jakieś sprzeciwy?! - Wykrzyczał pełnym gniewu i powagi głosem.

  • Nie panie! - Odpowiedzieli jednocześnie wszyscy zgromadzeni w sali.

  • Jeśli ktoś chce przedyskutować tę sprawę na osobności, niech zostanie w sali. Azirianie zdasz mi raport z postępów księcia. Pozostali mogą odejść! - Rzekł pewnym głosem.
    Zebrani na sali wyszli niepewni co właśnie stało się w tej sali wychodząc kłaniali się królowi aby ten wiedział jak bardzo go szanują.

Pokaz siły by zniewolić ich bardziej, typowe! - Pomyślał o swoim ojcu. W końcu mogę zająć się tymi przeklętymi drzwiami! - Myśląc tylko o północy ruszył do swojego pokoju. Podział strony Upadli bohaterowie. Noc zaskoczyła Erlaxara szybciej niż przypuszczał, myślał że uda mu się odpocząć kilka godzin w swojej komnacie zanim wybije północ. Jego ciało domagało się odpoczynku, jedynie chęć odkrycia tajemnic kryjących się w bibliotece trzymała jego umysł w pełnej świadomości. Dotarł do swojej komnaty, wchodząc do niej rozbrajał najróżniejsze pułapki przygotowane dla nieproszonych gości. Gdy został wciągnięty do gildii zabójców pierwszą rzeczą jaką go nauczyli było kilka zasad. Pierwsza mówiła o tym, że każdy zabójca ma prawo do dziedzictwa majątku innego po tym, gdy go zabije. Druga informowała nowicjuszy o panującym przywódcy zabójców. Trzecia głosiła długi wywód o tym jak ważne są zabezpieczenia przeciwko nieproszonym osobnikom próbującym skrócić nasze życie, czwarta natomiast zmuszała do zachowania “pozorów” oddania królowi, tylko nieliczni przestrzegali tej zasady mimo, że karą za nieposłuszeństwo był pewny zgon. Piątą i ostatnią zasadą był cytat z księgi zabójców, który każdy nowicjusz musiał znać i który bawił niebieskowłosego, często jednak powtarzał go w myślach "Mrok, śmierć, pogarda do życia i pieniędzy to cechy prawdziwego zabójcy, Ci którzy nie potrafią pogodzić się z ich losem niech usnują swoją ścieżkę strumieniami świeżej krwi! ". Gdy rozbrajał już ostatni mechanizm zapadni obok swojego łoża, uświadomił sobie, że zostały mu tylko dwie godziny na potrzebny mu odpoczynek. Nie myśląc długo, przygotował swoje posłanie i ułożył się do snu, uprzednio ustawiając klepsydrę na specjalnym podeście. Piasek przesypujący się z niej miał przewrócić szklaną figurkę, która miała spaść z szafki na głowę młodzieńca. Był to sposób na ćwiczenie refleksu oraz samokontroli, w wypadku niepowodzenia dostałby nią w głowę. W tym wypadku potrzebował mocnego bodźca, który przerwie jego sen. Czas mijał nieubłaganie, a senne koszmary nawiedzały go. Śnił o tajemniczym laboratorium, był w dziwnym szklanym naczyniu, które przypominało swego rodzaju inkubator. Widział młodego króla, który mieszał dziwne eliksiry i mruczał pod nosem nieznane mu słowa. Erlaxar znał wiele języków i slangów, ale słowa wypowiadane przez jego ojca były kompletnie niezrozumiałe, jakby pochodziły nie z tego świata. Gdy tylko próbował się poruszyć czuł okropne pieczenie wypełniające jego płuca, każdy oddech sprawiał mu nieopisane cierpienie, a uczucie zmęczenia było tak silne, że chwilami tracił świadomość

  • Auć !! - Krzyknął budząc się, na jego czole dostrzec można było siniaka. - Przeklęta figurka! Chociaż dzięki niej uda mi się zdążyć na czas. Po chwili wygrzebał się z łoża i ruszył w stronę wyjścia, ciało miał ociężałe, nie udało mu się odpocząć wręcz krótka drzemka pogorszyła jego stan. Czuł się otumaniony, koszmary siedziały w jego głowie i sprawiały, że miał złe przeczucia, może to tylko jego wyobraźnia, ale czuł, że to może być prawda. Gdy tylko dotarł do głównego korytarza, prowadzącego do sali tronowej strażnicy pełniący wartę byli zajęci rozmową i piciem wina z kufli, nikt nie zagrażał królowi gdy w zamku roiło się od wybitnych zabójców służących mu pomocą, nie tylko w swoim fachu. Zakradł się obok nich i dotarł do ogromnych czarnych drzwi prowadzących do biblioteki.

  • No to zaczynamy. - Wyszeptał, po czym wyciągnął z kieszeni zestaw do otwierania zamków. Majstrował chwilę przy zamku, oglądał go, dotykał, dłubał różnymi przyrządami niestety bezskutecznie. Złość narastała w nim z każdą upływającą sekundą, miał wrażenie, że stara się wyważyć ten zamek już kilka godzin, a minęło kilka minut. Usłyszał zbliżający się stukot ciężkich butów, strażnicy ruszyli się w końcu z miejsca i postanowili dokończyć patrol. Był w potrzasku, z jednej strony zbliżali się strażnicy, z drugiej był otoczony przez ściany, a jedyną drogą ucieczki była sala tronowa, w której roiło się od zabójców. Nerwowo rozglądał się po pomieszczeniu, szukając choćby cienia szansy, że nie zostanie przyłapany. Okno stojące przy drzwiach do biblioteki było wolne od krat, a szybę dało się otworzyć z obu stron. Postanowił spróbować, śmierć z upadku była o wiele przyjemniejsza, niż ta jaką zgotowałby mu ojciec. Otworzył okno i powoli wszedł na parapet, to co ujrzał sprawiło, że na chwilę stracił równowagę. Ścieżka z wystających kamieni w murze prowadziła od miejsca na którym stał, aż do podestu przy uchylonym oknie biblioteki. - A to przebiegła gnida! To tak się tam dostaje! - Powiedział mimowolnie z radością w głosie. Zamykając okno tak aby zatuszować swój niecny czyn, ruszył ostrożnie podniebną ścieżką, wiedział, że prawda jest w zasięgu wzroku i nie spocznie póki jej nie pozna. Gdy dotarł do uchylonego okna, otworzył je i wszedł do środka uważnie rozglądając się czy nie stanie na jakiejś pułapce, a stopą próbował wyczuć czy nie ma ukrytej zapadni. Niepewnym krokiem wszedł do pomieszczenia, po kilku sekundach zrozumiał, że to co widzi mógł przypłacić życiem. Na ścianach ponad kaskadami niekończących się książek, były zawieszone portrety i malowidła, niektóre przedstawiały bóstwa inne nieznane mu postacie. Jeden przypominał króla, tego z jego snu. Stał osłupiały przez kilka sekund, aż głos z korytarza otrzeźwił jego umysł. Rozglądał się nerwowo za czymś, co mogło być wskazówką sekretów ojca. Na końcu olbrzymiego regału książek, dostrzegł starą i zakurzoną księgę, która jako jedyna nie była opisana żadną etykietą. Postanowił zajrzeć do środka, niestety to co wydawałoby się tak oczywiste, nie przyszło mu do głowy. Chwytając za księgę spadła na niego fala bólu, przeszywająca jego umysł. Nie wiedząc co się dzieje upadł na kolana i dyszał ciężko. Po chwili zrozumiał, że nawet książki są chronione magią, a poznanie ich sekretów może okazać się niemożliwe. Próbując podnieść się z podłogi, złapał przez przypadek inną księgę, zacisnął odruchowo zęby licząc, że spotka go podobne cierpienie. Tym razem jednak nic się nie stało, zaskoczony i uradowany swoim fartem podniósł się i zajrzał do księgi. Jego radosny wyraz twarzy szybko zmienił się w nieokiełznaną furię. Książka, którą przeglądał była spisem elfickich mitów, legend i baśni. Odłożył ją na miejsce, uspokoił swoje myśli i wrócił do poprzedniej księgi. Ubrał skórzaną rękawicę licząc, że ta zniweluje działanie zaklęcia, niestety dotykając księgi znowu poczuł przeraźliwy ból, który pozbawił go świadomości. Gdy się ocknął, pierwszą rzeczą którą zrobił było zorientowanie się ile czasu upłynęło, gdy był nieświadomy. Uśmiech pojawił się na jego twarzy, mroczne niebo dalej roztaczało się nad Xanesią. Niebieskowłosy wrócił do przeszukiwania pomieszczenia, nic nie wydawało mu się podejrzane oprócz zaklętej księgi. Czas szybko uciekał, a szansa na bezpieczną ucieczkę malała. Nie chcąc ryzykować odkrycia swojej obecności, wrócił do okna. Nie wierząc własnym oczą, które nerwowo przecierał, zdał sobie sprawę, że ścieżka którą dostał się do komnaty zniknęła. Strach, który przeszył jego serce był nieopisany, nerwowo zagryzając wargi wspiął się na parapet.

  • Muszę skoczyć, ryzyko jest duże ale skoro i tak mam umrzeć to wolę próbować wszystkich możliwości. - Pomyślał trzęsąc się z przerażenia. Niepewny swojej decyzji skoczył próbując z całych sił złapać się parapetu, niestety bezskutecznie. Poczuł jak opada w dół, a jego oczy instynktownie się zamknęły. Nagle zawisł w powietrzu, a jego rękę ściskała silna dłoń, spojrzał do góry i od razu pożałował swojej nocnej eskapady.
    Tym, który go uratował był sam Azirian, zakapturzona postać patrzyła na niego swoim nieprzeniknionym wzrokiem pełnym pogardy. - Powinienem Cię teraz puścić, mój książę! - Powiedział pogardliwie. - Dlaczego złamałeś obietnicę? Chyba zdawałeś sobie sprawę, że Cię obserwuje? Chyba śpieszno Ci do grobu mój uczniu.

  • Panie, daruj mi! Wiem, że popełniłem błąd ale chciałem zaspokoić mą ciekawość! To mój ojciec, mam prawo znać jego sekrety! - Powiedział spokojnym głosem, wiedział, że nie ominie go kara choć chyba wolałby śmierć.

Zamaskowana postać wciągnęła go do sali, po czym jak gdyby nigdy nic przytuliła go jak matka swoje małe pisklę. Zaskoczony chłopiec stał otępiały, nigdy nie przypuszczał, że ktokolwiek go przytuli, a już na pewno nie bezlitosny Azirian. - Udaj się do swojej komnaty aby zmienić szaty, po południu masz się zjawić na szkoleniu, a wieczorem spotkamy się w sali tortur, gdzie spotka Cię kara! - Powiedział do niego po czym odwrócił głowę w stronę korytarza. - Wyłaź w tej chwili Artinganie, brakuje Ci treningu aby się przede mną ukryć. - Spokojny głos dźwięczał w korytarzu. Całkiem niespodziewanie rzucił sztyletem w ścianę, tak że odbił się rykoszetem, w ukrytą postać.

Brzdęk odbitej stali rozniósł się po korytarzu, zza rogu wyjawiła się postać, której twarz zakrywał krwistoczerwony szal. - Wybacz mistrzu, nie chciałem podsłuchiwać, oczekuję srogiej kary. - Rzekł spokojnie.

  • Zjaw się wieczorem z naszym odkrywcą, w sali tortur. Do tego czasu masz go obserwować i dopilnować aby pojawił się tam o wyznaczonej godzinie. Zrozumiano? - Spytał z politowaniem w głosie, jak gdyby mówił do nierozgarniętych dzieci.

  • Tak jest panie. - Odrzekł długowłosy elf.
    Po wymianie zdań przerażająca postać ruszyła korytarzem w stronę jadalni, a aura śmierci zniknęła razem z nią. - Przysporzyłeś nam wielu kłopotów swoją ciekawością drogi przyjacielu. Chodźmy, póki jeszcze możemy. - Powiedział śmiejąc się swoich ochrypłym głosem. Ruszyli w stronę swoich komnat, na miejscu rozdzielili się lecz po chwili, przed drzwiami do pokoju księcia czekał niczym pies na swojego pana. Minęło kilka minut po których ogniowłosy wyszedł z swojej sypialni. Udali się na szkolenie z zakresu otwierania zamków oraz wykrywania pułapek, na lekcji zdecydowanie dominował swoimi umiejętnościami jeden z niewielu ostałych krwawych elfów. Królewicz nie dawał rady z trudniejszymi zamkami, ciężka noc i brak odpoczynku powodowały drżenie palców, a wytrychy łamały się zbyt łatwo. Karą za niespełnienie warunków zaliczenia zajęć z włamywania była chłosta oraz wbijanie szpilek pod paznokcie. Na szczęście udało mu się jakimś cudem otworzyć zamek w ostatnich sekundach zajęć, co uchroniło go od niechybnej zguby. Po ukończeniu zadania, udali się razem do ogrodów królewskich. Znajdowały się tam rzeźby różnych bohaterów Xanesi o których często opowiada się różne historie, wszystkie jednak ku uciesze dzieci, nie dorosłych, którzy zdawali sobie sprawę, że to wszystko nigdy się nie zdarzyło. Smocze oczy dokładnie przyglądały się tym statuom, oceniał ich wiek, jak dużo wysiłku wymagało wyrzeźbienie ich oraz to czy cechy postaci jakie prezentowały odzwierciedlały choć w połowie to kim sam jest.
    Setki myśli kłębiły się w jego głowie, gdy przyglądał się pomnikowi Eriteusza, według legend był on synem cyklopa oraz syreny. Miał on skrzela, niebieską skórę, oraz duże wyłupiaste oko sterczące na czymś co przypominało dodatkową koniczynę, jego górne partie ciała były ludzkie, a nogi były połączone czymś co przypominało płetwę, którą mógł wchłaniać we własne ciało, co ułatwiało mu chodzenie na lądzie. Naukowcy badający stworzenia Xanesi nazwali je morfoczłekiem ponieważ jako jedna z niewielu istot potrafiła zmieniać swój kształt do pewnego stopnia. Niespodziewanie, ujrzał przed sobą sylwetkę elfa, który po chwili rozwiał milczenie dzielące tą dwójkę. - Nie możemy tutaj wiecznie tkwić, trzeba coś zrobić aby nie spotkała nas kara. Masz jakiś pomysł? - Spytał ochrypłym głosem stojący nad zamyślonym mężczyzną.

  • Niestety nie zastanawiałem się nad ta sprawą, nie wiem co czeka nas wieczorem. Pewne jest jedno, nie zginiemy tej nocy! - Odrzekł pełnym przekonania głosem.

  • Skąd ta pewność siebie? Odkryłeś coś w bibliotece, jeśli tak czemu nie poprosiłeś mnie o pomoc?

  • Spytał poirytowany.

  • Niestety były tam tylko stare księgi, nic wartego uwagi. Zmarnowałem cała noc na przeglądanie rupieci tylko po to żeby zostać ukaranym przez… - Urwał swoją wypowiedź zdając sobie sprawę, że elf może wykorzystać każde jego słowo. - Nie ważne, chodźmy do sali tortur, pewnie ciekawi Cię to co przygotował nasz mistrz. - Po czym wstał i ruszył w stronę korytarza prowadzącego do katakumb. Po drodze do męczarni, tak właśnie pieszczotliwie mówili o sali tortur pozostali członkowie gildii zabójców, Erlaxar zastanawiał się co go spotka

  • Może znowu każą mi wypić jakieś dziwne mikstury, po których moje ciało się rozsypie lub rozpuści? Może będą dźgać mnie dziwnymi narzędziami sprawiając nieopisane cierpienia? Może zmuszą mnie do walki z dziką bestią, której nikt jeszcze nie pokonał? - Myśli kłębiące się w jego głowie nie chciały umilknąć, nawet gdy stał przed swoim przywódcą.

Rozglądając się nerwowo po sali, nie mógł zauważyć żadnej machiny do tortur, żadnych mikstur, bestii, niczego! Strach przeszył jego ciało, na skórze pojawiła się gęsia skórka, a nogi zaczęły mu drżeć. To mogło znaczyć tylko jedno, sparing z samym Azirianem! Najokrutniejsza kara jaka mogła ich spotkać, nikt jeszcze nie przetrwał go bez uszczerbku na zdrowiu lub psychice. Najczarniejszy scenariusz, który tkwił w jego umyśle od lat w końcu się ziścił. - Co tak stoicie! Siadać przy stole! - Krzyknął tak głośno, że komnata drżała od jego głosu. Dwójka młodzików usiadła na czymś co przypominało kamienne siedzisko z taką szybkością, że ich kości ogonowe długo będą ich boleć.

  • Za wasze nikczemne uczynki, za to jak zraniliście moje zaufanie, za brak szacunku do Króla, mnie i zasad gildii czeka was kara! Ty elfie, musisz wypić zawartość beczki, która przyniosą za niedługo twoi bracia. Natomiast Ty mój drogi książę stoczysz ze mną pojedynek w mojej sypialni, tam nikt nam nie będzie przeszkadzał, a ja będę mógł walczyć nie ujawniając nikomu swoich zdolności. Jeśli oboje przeżyjecie czeka was miła niespodzianka, powiem Wam obu co wiem o naszym władcy oraz zdradzę sekret mojej siły. - Rzekłszy to wstał i chwycił niebieskowłosego za szyję i uniósł do góry, tak że jego stopy nie dotykały już ziemi, następnie rzucił nim w stronę schodów prowadzących do jego sypialni. Do sali wkroczyli niczym duchy pobratymcy elfa, niosąc nad głową beczkę. Elf zdziwił się ponieważ oczekiwał czegoś trudniejszego, wiedział już, że jej zawartość to coś czego pragnął tak bardzo od wielu lat. W młodości był on często torturowany, ból jaki czuł sprawiał, że się uśmiechał. Większość nazwała by go głupcem, niepełnosprawnym umysłowo, on jednak był masochistą, kimś, kto uwielbiał krzywdy jakie odnosił. Jego czerwony szal zakrywał blizny po tym co sam sobie zrobił, wypił on silnie żrący kwas, który wypalił mu usta i przełyk. Chciał w ten sposób poprawić sobie humor, a efekt jaki przyniosła jego głupota to widok poranionej szczęki na wierzchu twarzy, ochrypły głos spowodowany przepalonymi strunami głosowymi oraz utratą smaku i węchu. - Chłopaki, dawajcie tu tą beczkę! Już nie mogę się doczekać! Muahahaha! - Śmiech szaleńca wzbudził pogardę w pozostałych zabójcach. Gdy beczka znalazła się tuż przed nim i wbito do niej specjalną pompę, dzięki której jej zawartość mogła zostać przelana do kufli lub też wykorzystana do picia bezpośrednio z niej. Elf wybrał szybsze rozwiązanie. Przyłożył usta do pompy i zaczął wlewać trunek do swoich zdeformowanych ust. Niestety szybko odkrył, że to co czuje to nie jego ukochany ból, jego ciało nie jest zmuszone do reakcji obronnych. Czuje radość, ciecz jaka wypełnia jego usta sprawia, że chce pić ją w nieskończoność. To niemożliwe, on nie odczuwa przyjemności z jedzenia ani picia od wielu lat, jakim cudem cieszy go to co właśnie robi?

  • Co to za napój!? - Niespokojne myśli przemknęły przez jego umysł z taką szybkością, że ciało zaczęło drżeć z przerażenia. - Co się ze mną dzieje! - Panikował z każdym łykiem cudownego płynu.

  • To co pijesz to nektar z Eminiuncji, rośliny pochodzącej z dna podziemnej rzeki płynącej pod katakumbami. Jest to roślina, która pożera wszystko co się do niej zbliży nie zważając na to czym jest dany obiekt. Jej ostre i twarde zęby potrafią rozłupać diament, a sama roślina nigdy nie została zraniona. Nektar został wydobyty dzięki podstępowi i sprytowi naszego mistrza. Rozumiesz, że to Twoja ostateczna kara? To co właśnie zawładnęło twoim ciałem, to uzależnienie od tej mikstury. Nie zdołasz przeżyć bez niej dłużej niż kilku godzin, to Twój koniec i początek nowej ery dla nas, dla zabójców! - Usłyszał cichy i mroczny głos z tłumu innych zabójców.

  • Nie, to niemożliwe! Nie skończę w taki sposób! Uda mi się, przetrwam to! - Myśli elfa skupiły się na jedynej desce ratunku, odtrutce która na pewno istniała, a jego usta pochłaniały zawartość beczki coraz zuchwalej, pompa ledwo nadążała za jego pragnieniem. Gdy w beczce nie pozostała już nawet kropla nektaru, popielatowłosy chłopak wpadł w szał. Natychmiast pozbył się reszty osób w pomieszczeniu rzucając w nich swoimi nożami, toteż dusząc, dźgając kolejne ofiary. Z grupki dziesięciu zabójców nie ostał się przy życiu nawet jeden, nikt nawet nie próbował się bronić przed atakiem szaleńca. Posadzka sali została zalana falą czerwieni, a sam Artingan upadł na kolana i zaczął łkać niczym skrzywdzone dziecko pozbawione wszystkich zabawek po czym stracił przytomność zasypiając w rzece krwi. Dwójka która miała stoczyć pojedynek dotarła do celu. Przerażony młodzieniec dobył swojego sztyletu oraz włożył kolczaste rękawice, czekając na to co zrobi jego przeciwnik. - Masz dokładnie dwie minuty na zranienie mnie, jedyne co zrobię to uniki. Jeśli mnie tkniesz stracisz jedynie dwie minuty życia, lecz jeśli nie sprostasz wyzwaniu możesz stracić każdą sekundę, którą mógłbyś przeżyć. Czas to coś czego nigdy nie odzyskasz, zawsze i wszędzie w każdym świecie mija nieubłaganie i zbliża Cię do śmierci, walcz chłopcze walcz! - Mówiąc to czuć było olbrzymią troskę w stosunku do Erlaxa, ta lekcja zdecydowanie mogła być jego ostatnią. Chcąc wykazać się sprytem w dłoni, w której trzymał sztylet ukrył bomby dymne zmieszane z gazem łzawiącym. Była to jego sekretna broń i zniżał się do użycia jej tylko, gdy przeciwnik był od niego potężniejszy. Ostatni raz użył jej przeciwko amazonce, która okaleczyła go na długie miesiące. Gdyby nie ten podstęp zginąłby od włóczni lub co gorsza zostałby oszczędzony, a rytuał krwi byłby dla niego porażką i plamą na honorze. Ten kto, nie ukończy rytuału krwi, zostaje pozbawiony całego dobytku, tytułów oraz wygnany z miasta, ma dożywotni zakaz kontaktowania się z rodziną, a każdy żołnierz ma prawo zabić go z byle powodu, to właśnie spotkało rudowłosą po przegranej. Teraz jednak ten fortel pozwoli mu przeżyć, łudził się, że jego mistrz nie spodziewa się takiego ataku. Rzucając sztyletem w którego cieniu ukryły się bomby ruszył na przeciwnika zakładając specjalnie przygotowaną przepaskę na oczy i usta, która chroniła go przed obusiecznością bomb, a mijające sekundy skracały szansę na wygraną. Doświadczony wojownik uniknął sztyletu, a eksplodujące na jego zamaskowanej twarzy bomby z gazem nie odniosły żadnego efektu. Widząc to chłopiec w akcie desperacji rzucił się z pięściami na przeciwnika próbując zadać mu cios w tułów, niestety bezskutecznie. Jego cel odskoczył, a jego oczy były zamknięte, przez maskę widać było, że wstrzymuje oddech chcąc ochronić się przed działaniem gazu. - On jest potworem ! Przewidział to choć nigdy nie oglądał moich walk na arenie! Jak mam go pokonać! - Panikujące myśli przelatywały przez jego głowę niczym strzały wystrzelone z kuszy. Gdy wymachujący pięściami wojownik nie mógł tknąć swojego celu, ten cicho wypowiedział dwa słowa.

  • Czas się skończył. - Gdy słowa opuściły jego usta, ukryte w kieszeni płaszcza sztylety znalazły się w dłoniach mrocznej postaci. Czarne niczym smoła ostrza z okropną prędkością mijały głowę Erlaxara, który ledwo ich unikał. W jego oczach zamiast odwagi i wściekłości można było dostrzec strach, nigdy wcześniej nie walczył z tak potężnym przeciwnikiem. Każdy mięsień jego ciała pracował z całych sił, chcąc utrzymać właściciela przy życiu. Niestety po kilku sekundach od zmiany nastawienia przeciwnika, na ciele młodzieńca pojawiły się kolejne krwawe ślady, a krew kapała na posadzkę dając znak, kto wyjdzie zwycięsko z tego starcia. Szybkie krótkie oddechy jakie łapał, dawały mu niewystarczającą ilość tlenu, a jego ciało stawało się coraz powolniejsze. Po wymianie ciosów, jego przeciwnik został muśnięty w płaszcz rozrywając go, a ognistowłosy upadł na ziemię z sztyletem wbitym do brzucha. - To koniec, tutaj kończy się Twoja legenda o wielki księciu Xanesi. Ta sypialnia, stanie się Twoją kryptą.-Głos nie zdradzał po nim żadnego wysiłku, mroczna postać mimo dwudziestu minutowej walki nie uroniła nawet kropli potu.- Czy chcesz żebym przekazał ostatnie słowa Twemu ojcu? - Spytał pewnym głosem.

  • Ugh… Jakim… Jakim cudem jesteś tak silny? Ty, ty… nie jesteś człowiekiem!? - Konający głos wydobył się z jego ust, cierpienie jakie można było wyczuć w jego wypowiedzi było nie do opisania.

  • Masz rację, jestem tym czym Ty miałeś się stać. Czy jestem demonem? Nie, jestem czymś więcej! Król stworzył nas, mnie i Ciebie. Ja jestem pierwowzorem, czymś doskonałym, Ty natomiast jesteś niczym. Nie wiem dlaczego król wybrał Cię na swojego następcę! Po co mu taka pokraka, nie potrafisz nawet zranić swojego brata! Czym Ty jesteś aby bezprawnie skradać tytuł księcia Xanesi?! Gdyby nie to, jak wyglądam to ja byłbym już królem, to ja zniszczyłbym ład i porządek tego świata. To mnie ojciec powinien wybrać! - Szaleństwo towarzyszące jego słowom niosło się po sypialni. - Nasz stwórca nie może mieć potomka, jest okaleczony. Chcąc zostawić po sobie spuściznę na świecie użył własnych komórek oraz komórek wielu istot do przeprowadzenia eksperymentu, w którym stworzył humanoidalną postać, która nie przypominała żadnej rasy. Tak o to powstałem ja, Azirian. Ty natomiast zostałeś stworzony z moich komórek oraz komórek smoków. Nie mam pojęcia skąd lub w jaki sposób zdobył je ojciec, lecz wiem jedno budzisz we mnie jedynie pogardę. Te Twoje oczy, to jakaś brednia! Ty nie możesz być wybrańcem! - Kontynuował szaleńczą wypowiedź.

  • Bratem? Eksperyment, to niemożliwe! -powiedział łamiącym ledwo wydobywającym się z jego zakrwawionych ust głosem. Gniewne spojrzenie połączone z bólem i pogardą do stojącej przed nim postaci było czymś na co czekał jego przeciwnik.

  • Tak, jesteśmy braćmi. - Odrzekł spokojnie po czym zdjął maskę oraz kaptur odsłaniając przed nim swoje oblicze. - Nigdy nie myślałem, że tak szybko popełnisz błąd i zginiesz z mojej ręki, Ty smoczy bękarcie! A teraz żegnaj i spoczywaj w pokoju, niech ma komnata nie pozwoli nikomu ujrzeć Twego truchła. - Mówiąc to wyszedł powoli z sali zamykając za sobą drzwi. Po kilku sekundach słychać było zawalający się strop po drugiej stronie drzwi.

  • To koniec, już nic nie zrobię. Ojcze… dlaczego mi nie powiedziałeś! - Wykrzyczał resztkami sił. Powieki mimowolnie stawały się coraz cięższe. Czuł, że umiera. To koniec życia Erlaxara, syna Zarxara, smokookiego mieszańca, którego jedynym pragnieniem było sianie śmierci na tym świecie. Mijające sekundy zbliżały jego życie do końca, ostatkiem sił zmagał się z bólem, który czuł po wieńczącym w nim sztylecie. Plama krwi na posadzce zmieszana z potem i jego łzami stawała się coraz większa. W komnacie słychać było cichy pisk otwierającej się zapadni, resztką sił spojrzał w stronę z której dochodził dźwięk, a to co ujrzał to zamaskowaną futrzastą postać zbliżającą się do niego z sztyletem w dłoni.

  • Kolejny zabójca? Czyżby liczył na nagrodę za moją głowę? - Pomyślał po czym jego oczy mimowolnie się zamknęły.

Jakby ktoś chciał całość to zapraszam tutaj: https://1drv.ms/w/s!AkZnt9Lnlmseh1-RPffabORz5g2c

Udostępniam to w ten sposób, bo dodawanie postów ponad 100 stron książki raczej nie wchodzi w gre :P

Polecam tego Pana.